FATALISTA
strona główna arrow proza arrow Michał Tyrała - Człowiek, który kochał noc
Michał Tyrała - Człowiek, który kochał noc pdf  | drukuj |  email

22.45
       Klucz w zamku znowu nie chce się przekręcić. Ostatnio mechanizm zacina się bardzo często i powinienem się już do tego przyzwyczaić. Rzucam w hol korytarza kilka wyszeptanych przekleństw i po chwili, gdy mam ochotę już je wykrzyczeć, zamek nagle ustępuje. Klucz, jak gdyby nigdy nie napotkał na swej drodze oporu, przekręca się przy wtórze cichutkiego chrupnięcia ocierających się o siebie części.
       Wzdycham i przymykam oczy. Ostatnio stałem się bardzo nerwowy. Liczę w myślach do pięciu i już spokojny przekładam klucz z zamka do kieszeni czarnego prochowca, który zawsze zakładam na ciepłe, jesienne wieczory. Oczywiście zanim zejdę po schodach z trzeciego piętra, które dumnie, niczym Atlas podpierający        Ziemię na swych ramionach, wznosi nad sobą jeszcze siedem innych, otwieram oczy.
       Całodzienny sen sprawił, że mój wzrok odzyskał swą naturalną przejrzystość. Proste ćwiczenie liczenia do pięciu sprawia, że spokój i opanowanie, z którego jestem znany w środowisku literackim, powróciły na swoje miejsce. Cieszę się w duchu, bo w końcu byłoby to dość głupie, gdyby drobny incydent z zacinającym się zamkiem popsuł mi resztę nocy.
       A ta dopiero się zaczyna.

22.49
       Na dworze wita mnie ciepły wiatr. Dobrze. Wieczory takie jak ten zapowiadają, że praca będzie szła bez większych oporów. A dziś jest to bardzo ważne. Pisanie książki, która mam nadzieję, za dwa miesiące znajdzie się już na półkach księgarń, dotarło właśnie do miejsca, przez które ciężko mi przebrnąć. Brak logicznego pomysłu na kontynuowanie wątku dopada mnie przy pracy często i w takich chwilach potrafię siedzieć kilka godzin
i wpatrywać się tępo w ekran komputera nie dotykając klawiatury. Wczorajszą noc tak właśnie spędziłem.
       Ale ten wiatr to dobry znak. Uspakaja i orzeźwia. Dobry znak. Dziś nasz pociąg pojedzie o kilka nowo otwartych stacji dalej.
       Zasada na dziś: mam wszystko w dupie. Nie popsuje mi nastroju nawet to, że za dwa dni trzeba odwiedzić szanowne towarzystwo literackie, na organizowanym przez nie bankiecie… No właśnie…

22.52
       Te wszystkie spotkania, bale… Tłumy ludzi zamkniętych w jednym pomieszczeniu i patrzących na siebie z uśmiechami bardziej odrażającymi niż sympatycznymi. Każda wizyta na tego typu spotkaniach przyprawia mnie o doprowadzający do szaleństwa ból głowy. Po kilku chwilach obecności na czymś takim, obserwując wszystkich wokół, nie zauważam menadżerów, pisarzy, sponsorów, tylko roześmiane kukły napompowane dumą i szampanem. W takich chwilach, przeważnie rozglądam się w poszukiwaniu najbliższego wyjścia ewakuacyjnego. Rzadko jednak w nim znikam, wiedząc, że muszę wyrobić pewien limit czasu obecności. Żeby to sobie zrekompensować, przeważnie wzbudzam nitki mej, jakże bujnej wyobraźni, tworząc tylko dla mnie widoczne obrazy.
       A oto mój ulubiony: jęzor ognia wyrastający spomiędzy stłoczonego w pomieszczeniu tłumu, pochłaniający bez krzty litości postacie znajdujące się w jego zasięgu. Widzę wtedy już nie masę roześmianych twarzy, ale twarzy, rozdzieranych przez nieme przerażenie. Masa twarzy, która nieregularną falą próbuje dotrzeć do zbyt wąskiego wyjścia, przez które przeciśnie się jedynie nieliczny procent tych wszystkich zadufanych i zapatrzonych w siebie dupków.
       Na tego typu bankiety chodzę teraz bardzo rzadko. Decyzję podjąłem sam, zdając sobie sprawę ze wszystkich konsekwencji mego postanowienia. Uznałem, że lepiej stracić odrobinę szacunku wśród napompowanych smokingów i sukien wieczorowych, niż pozwolić uwolnić się nieodpartej i coraz silniejszej chęci wyprowadzenia z krainy wyimaginowania obrazów tam powstałych. W końcu bym pewnie rzucił na frędzle zadeptanego na śmierć dywanu zapaloną zapałkę – oczywiście przez przypadek.
       Nie lubię tłumów. Nie lubię zgromadzeń. Jest to jeden z elementów należących do mojej pracy, którego nienawidzę.
Lubię ludzi ale kiedy są anonimowi. Są o wiele bardziej fascynujący.

22.58
       - Dobry wieczór.
       - ...
       Kobieta, która mija mnie na chodniku zdaje się wystraszona moim powitaniem. Zdaje mi się, czy przyśpiesza kroku? Nie. Rzeczywiście to robi. Nie mogę się temu dziwić i nie dziwię się. Przyzwyczajony już jestem, że ci wszyscy ludzie, którzy wraz ze mną mieszkają na osiedlu reagują na moja osobę niepewnością, a czasem i strachem. Żyję w tym betonowym molochu już cztery lata. Otacza mnie ze wszystkich stron kilka tysięcy istnień, jednak nie zna mnie tu nikt.
I ta cicha nie-znajomość też jest moim świadomym wyborem.
       Nie boję się ludzi. Wręcz przeciwnie. Mam w sobie bardzo dużo zaufania. Zwłaszcza do nieznajomych. Anonimowość jest jednym z najbezpieczniejszych kokonów jakim człowiek może się otoczyć. Ludzie, którzy mnie otaczają na co dzień, żyjący w tych śmiesznych, poustawianych na sobie pudełkach na nienaturalnej wielkości zapałki, są zupełnie inni niż cała zgraja tych „napompowanych”, którzy mnie zmuszają do znajomości ze sobą. Ci tutaj są prości, zwyczajni… mają problemy zupełnie różne od moich i rozwiązują je sposobami, na które ja bym nigdy nie wpadł. Żyją, boją się, cieszą i dzielą się z innymi wszystkim co przeżywają. Mają siebie nawzajem. Są tacy ludzcy…
       Może kiedyś i mnie to spotka…
       Ja się ludzi nie boję. Oni mnie tak. Nie, źle to określiłem. Oni nie mogą pozwolić sobie na to aby mi zaufać. W końcu ktoś, kto całymi dniami siedzi w swoim mieszkaniu na trzecim piętrze, przy szczelnie zasłoniętych zasłonach, wychodzący jedynie po zmroku, może budzić uczucia, których obecność niechętnie się znosi. Ktoś, kto w ich mniemaniu nie chodzi do pracy, nie uczestniczy w ich codziennych problemach, nie zasługuje na uśmiech, gdy się go mija na ulicy…

23.03
       Czasem spacerując albo siedząc w fotelu i popijając kawę wyobrażam sobie jak mogą postrzegać mnie ci, wśród których żyję i którzy wiedzą, że jestem kilka betonowych ścian dalej. Co o mnie myślą, mając świadomość, że wychodząc po zmroku mogą mnie spotkać, a ja na pewno powiem im „dobry wieczór”.
Pierwszy obraz mojej osoby to Wariat. W końcu osoba, która tak skrzętnie ukrywa się przed światem musi być niespełna rozumu. Niechęć wszystkich napotykanych na mej drodze ludzi do nawiązania choćby krótkiej rozmowy, staje się w tym momencie oczywista. Wariat pozostanie wariatem, a jak wiadomo, jeżeli ktoś zdolny jest siedzieć za zaciągniętymi zasłonami przez cały dzień, to rzucanie się z nożem na przypadkowych przechodniów leży pewnie w jego zwyczaju.
Inny obraz to Podglądacz. Mój ulubiony. Nie mam problemu z wyobrażeniem sobie tych wszystkich starszych kobiet, siedzących całymi dniami przed sklepem spożywczym bądź w oknie, i tego jak rozpuszczają po całym osiedlu plotki na mój temat. W ich wizjach siedzę pewnie skryty za zasłonami w swoim mieszkaniu i podglądam przechodniów. Patrzę na to co robią, jak się poruszają, jak gestykulują w rozmowie z przyjacielem i w takich chwilach zapewne się masturbuję zalewając się śliną. Żadna z babć nie użyje któregokolwiek z określeń mających zaprezentować rozmówcy me „brudne” poczynania. Dochodząc do puenty swych opowieści prawdopodobnie ściszają głos, tajemniczo rozglądają się na boki, tak jakby się bały, że ktoś je podsłucha, a następnie rzucają cichuteńko zdanie w stylu: „i wtedy wiesz CO robi...?”.
       Ta wizja mojej osoby zawsze mnie cholernie śmieszy. Gdy w moich wyobrażeniach dochodzę do obrazka, na którym stoję przy oknie ze spuszczonymi gaciami, z wybałuszonymi oczami i językiem zwisającym na brodzie przeważnie wybucham śmiechem.
W najłagodniejszym przebiegu choroby zwanej: „wyobraź sobie siebie, gdy...” z wersją Podglądacza pojawia mi się na ustach kpiący uśmieszek. Kpiący nie z ludzi, którzy wymyślają takie wizje, ale z samej sytuacji, która nie daj Boże może kogoś dotyczyć.
A jak taki obraz działa na jego propagatorów i ich relacje ze mną. Oczywiście doskonale. Każdy z nich, zanim wyjdzie z domu, staje pewnie przed lustrem, uśmiecha się radośnie sam do siebie, a potem wypowiada magiczne zaklęcie: „chodźmy kolego/koleżanko na spotkanie ze zbokiem. Podajmy mu rękę i uściśnijmy go radośnie, bo jest to brat nasz, w duchu dobrej nadziei poczęty, a że mu się z czasem we łbie popieprzyło, to już nie jego wina, tylko tych od telewizji, która ostatecznie zepsuła nam chłopaka.”
       Jeżeli razi was ta ironia, to przepraszam.
       Trzeci z moich wizerunków, który mógłby się zrodzić w głowach mych współ-bloko-mieszkańców, to obraz najbardziej chyba dla mnie korzystny, ale też najmniej prawdopodobny. Załóżmy, że ktoś mnie uzna za człowieka cierpiącego na rzadką chorobę, zwaną bodajże fotofobią, która dopadła mnie uniemożliwiając mi spoglądanie na światło dnia powszedniego. Czytałem kiedyś, że taka choroba istnieje i powoduje, że człowiek wystawiony na światło słońca zostaje przez nie tak dotkliwie poparzony, że może się to nawet skończyć śmiercią. Tak postrzegany pewnie budził bym w sercach ludzi litość, jakiej niejeden pokrzywdzony przez los mógłby mi pozazdrościć. Znając jednak życie, strach też by nie przeszedł koło tych wszystkich ludzi obojętnie. Jak ludzie czegoś nie znają, to się tego boją,
a jak pojawia się słowo CHOROBA, i to jeszcze taka, o której nie słyszeli, to strach ich paraliżuje.
       Ale tak jak wspomniałem, sam o tym że taka choroba istnieje usłyszałem czystym przypadkiem, a w końcu jestem pisarzem i o niejednym się czytało. Jest pewne, że na blokowisku takim jak to, znalezienie osoby słyszącej o tej dziwnej chorobie jest nie niemożliwe, ale na pewno trudne.
       No cóż. Może gdyby ktoś odważył się wreszcie ze mną porozmawiać to może dowiedziałby się dlaczego tak naprawdę unikam dnia i jego światła? W końcu by przecież padło to pytanie w niezobowiązującej do niczego rozmowie.
       Odpowiedź jest przecież taka prosta.

23.24
       - Dobry wieczór.
       Tylko pytające spojrzenie. Jak co noc.
       - Poproszę paczkę Marlboro, mocnych.
       Kobieta w okienku sklepu nocnego bez słowa się odwraca i podchodzi do półki
z papierosami. Wyciąga to, o co prosiłem i kładzie na małym parapeciku okienka. Jak zawsze, nie podaje mi do ręki. Pewnie boi się mnie dotknąć. Przez myśl mi przechodzi, że jest ona niewolnicą obrazu mojej osoby jako człowieka chorego. Uśmiecham się do niej, ale ona odwraca wzrok i zaczyna wstukiwać cenę na kasie.
       - 6 złotych.*
       Cały czas wpatruje się w wyświetlacz kasy. Pewnie zastanawia się czy położę pieniądze na ladzie czy będę chciał jej podać do ręki.
       - Wezmę jeszcze makaron i sos do spaghetti.
       Ona bez słowa znika pomiędzy półkami, by po chwili pojawić się z artykułami, które zamierzam pochłonąć za niespełna godzinę. Jestem cholernie głodny.
       Makaron i sos oczywiście lądują na parapeciku. Teraz rytuał z kasą.
       - W sumie dwanaście złotych, sześćdziesiąt groszy.
       I znów nerwówka o dotyk moich palców. Zdaje mi się czy kobieta z niepokojem zagryza dolną wargę? Zresztą, co mnie to obchodzi. Odliczam pieniądze, wyciągam je z portfela i kładę je na zaimprowizowanym blacie. Na szczęście mam zgodne. Oszczędzam kobiecie kolejnej porcji nerwów. Jeszcze by dostała wylewu i jak ja potem miałbym z tym żyć?
       - Dziękuję. Dobranoc.
       - (...)
       Bo cóż też innego mogła odpowiedzieć?


23.27
       Patrzę na zegarek, którego wskazówki mówią mi, że jestem poza domem już prawie czterdzieści pięć minut. Pospaceruję jeszcze jakieś pół godziny i trzeba będzie wracać. Robota czeka. Resztę spaceru poświęcę na poukładanie sobie tego co chciałbym dzisiaj jeszcze napisać.
Jeszcze przed sklepem otwieram paczkę papierosów i zapalam jednego. Zamykam oczy, by lepiej zapoznać się ze smakiem tych małych szkodliwych skurwysynów. Nie wiem, czy każdy palacz, ale ja zauważyłem jakiś czas temu, że papierosy z oddzielnych paczek smakują zupełnie inaczej. Nie mówię tu o różnicach pomiędzy różnymi markami papierosów, ale o indywidualności każdego opakowania. Aromat każdej dwudziestoosobowej rodziny tytoniowych białasów, założonej przez tego samego Producenta Wyrobów Ogólnie Szkodliwych dla Organizmu, jest specyficzny dla tej rodziny. I otworzenie każdej nowej paczki papierosów wiąże się z doznaniem nowych rozkoszy zmysłu smaku i węchu.
       To chyba prawdziwy powód, dla którego nie rzuciłem jeszcze tego paskudztwa.
       Szybka decyzja. Zamiast spacerować usiądę na chwilę na ławce w otoczeniu tych kilku drzewek, które obroniły się jakimś cudem przed wieszającymi się na nich dzieciakami.

23.30
       Ławka jest chłodna. Czuję ją przez spodnie, ale nie przeszkadza mi to. Tyłka mi to nie odmrozi, a w połączeniu z delikatnym wiatrem, oplatającym się wokół twarzy, będzie stanowić idealny system orzeźwiający mój organizm.
       Zaciągam się papierosem i znów zamykam oczy.
       Boże, jaki ten szum jest cudowny. Cichy szmer, który wytwarzany przez pędzącą w szale elektryczność, przemierza kilometry kabli, ożywiających ten mały osiedlowy świat.
       W dzień nie można go usłyszeć. Samochody, głośne rozmowy, tupot nóg na asfalcie – wszystko to zabija ten delikatny dźwięk, który niezauważenie znika pod warstwą codziennego gwaru.
       Dla tego szumu i dla miliona innych rzeczy, które są ignorowane, bądź po prostu, niezauważone przez większość ludzi, ja wyrzekłem się dnia.
       To właśnie moja najważniejsza w życiu decyzja i mój wybór, którego nie będę nigdy żałować. Oddałem się w ramiona mojej największej miłości, jaką w szeregu zdarzeń mnie dotyczących, udało mi się napotkać.
       Noc jest najpiękniejszym darem, jaki udało mi się odkryć w ciągu mojego trzydziestosześcioletniego życia.
       Otwieram oczy i patrzę na strażników mojej kochanki. Ten, kto twierdzi, że Noc jest nieprzenikniona i mroczna jak wnętrze opuszczonej kopalni, chyba nigdy nie spoglądał na rozgwieżdżone niebo, albo po prostu jest debilem. Nieprzebrane konstelacje drgających w strunach powietrza gwiazd zawsze zdawały się do mnie mówić. Są to słowa otuchy i wiary, uświadamiające mi, że jest ktoś, a może coś, co cały czas mnie obserwuje i czuwa nade mną.
       Czy w obliczu gwiazd może mi się coś złego przytrafić? Tylko, jeżeli zapisane w nich jest to, że tak ma właśnie być.
       Zaciągam się papierosem.
       Dziś na niebie nie ma ani księżyca ani chmur. Gwiazdy sprawiają, że niebo płonie wręcz światłem, nie, tysiącem świateł, drobnych punktów, z których każdy ma swoją tajemnicę, a jednocześnie każdy wie wszystko o mnie. Nie mam przed nimi tajemnic i nie wstydzę się rozmawiać z nimi. Są powiernikami moich trosk, a to pozwala mi żyć spokojnie w obliczu wszystkich tych ludzi, którzy czują do mnie niechęć.
       Dlaczego poświęciłem zupełnie światło słoneczne obcowaniu tylko i wyłącznie z Nocą?
       Nie mógłbym patrzeć, jak dzień w dzień słońce zabija gwiazdy.
       Nie mógłbym patrzeć, jak każdego poranka moja kochanka, Noc, jest mordowana przez Dzień, tego parszywego najemnika.
       Patrząc na to, nie wiem czy byłbym w stanie przetrwać kilkugodzinny zalew jasności, myśląc tylko o tym, czy Ona jeszcze powróci. Wiedząc, że ona i tak się zawsze odradza, gdzieś głęboko miałbym w sobie obraz jej śmierci, której naocznym świadkiem się stałem. Ona ma tylko jednego wroga, a ja mogę z nim walczyć tyko poprzez całkowite wyparcie się go.
       Niech będzie tylko Noc.
       Taki jest mój wybór.

23.48
       Czasami myślę, jakim to ja jestem cholernym farciarzem. Mój zawód w pełni pozwala mi na prowadzenie właśnie takiego trybu życia. Mam pieniądze. To, o co musze się martwić na pewno nie dotyczy mojego statusu materialnego. Regularnie pieniądze wpływają na moje konto, a ja, dzięki cudnemu wynalazkowi ludzkości, jakim jest bankomat, mogę je wypłacić w każdej chwili. Sklepy z żywnością są dziś otwarte przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, a z dostępnością innych używek, jak alkohol czy papierosy, wcale nie jest gorzej.
       Stałem się niewolnikiem katalogów, za pośrednictwem których można kupić dziś wszystko. Jeżeli chcę nabyć coś ze sprzętu domowego, bądź RTV, który wcześniej wypatrzę sobie w kolorowym prospekcie, wystarczy jeden telefon do mojego agenta, a ten na drugi dzień dostarcza mi wszystko do domu. Wygodny system.
       Grunt to się dobrze ustawić.

23.51
       Mój agent, jak i cała rzesza znajomych z branży, nieraz dziwiła się dlaczego mieszkam na jakimś blokowisku skoro stać mnie na kupno willi w dowolnym miejscu w kraju.
       Banda zadufanych ignorantów.
       Nigdy by nie zrozumieli, co dla mnie jest najważniejsze. Kocham miejsca takie jak to i nie potrafiłbym zamienić tego na spokojne odludzie. Fakt, że nie mam tu przyjaciół, nie znaczy że nie lubię mijać innych, być dla nich anonimowym i mieć świadomość, że oni tak samo anonimowi dla mnie pozostaną. To jest dla mnie jeden z największych sukcesów w życiu, większy nawet od tego, że ostatnia moja książka sprzedała się w milionowym nakładzie i została przetłumaczona na cztery języki krajów, w których sprzedaż też była nieskromnie zadowalająca. Zachować anonimowość w otoczeniu setek mieszkań, tysiąca ludzi i milionów myśli. Móc być sobą w miejscu gdzie nikt sobą nie jest. Móc kochać to co się kocha najbardziej, tam, gdzie miłość jest tłumiona na każdym kroku.
       Czas iść do domu.
       Znów pochłonęły mnie rozmyślania niezwiązane z najnowszą powieścią. Cóż, będę musiał je rozpocząć dopiero nad kartką papieru.

0.00
       Do mojego bloku pozostało mi już tylko kilka kroków. Koniec z rozmyślaniami na dzień dzisiejszy. Koniec z rozpamiętywaniem męczących mnie sytuacji. Teraz pozostaje mi tylko praca, praca i jeszcze raz praca.
       Dziwne. Pod moim domem widzę grupkę ludzi, koło których będę musiał przejść chcąc wejść do klatki. Widok dość niepokojący o tej porze. Grupki zbierające się o tej porze rzadko są przyjaźnie nastawione do nieznajomych. Jeszcze rzadziej są nastawieni inaczej niż agresywnie. Może lepiej poczekać aż sobie pójdą?
       Decyzje zwykle podejmuję bardzo szybko. Teraz postanawiam, że podejdę odrobinę bliżej, by móc się przyjrzeć, wyraźnie na coś czekającym, ludziom.
       Chowam się w cieniu drzewa, które omija światło przydrożnej latarni. Jest ich ośmiu. Sami mężczyźni. Średnia wieku około czterdziestu lat. Najstarszy ma chyba sześćdziesiątkę na karku, najmłodszy ze trzydzieści. To mnie uspokaja. Obawiałem się bandy szczyli, którzy odkrywają smak dorastania podsycając go poczuciem, że teraz już wszystko im wolno.
       Niepokój, który teraz czuję, wiąże się raczej z tym, czy komuś coś się nie stało. Co prawda, nie widzę w pobliżu karetki pogotowia, ale niechybnie powodem tego milczącego zgromadzenia, w tym właśnie miejscu, jest czyjś zawał, bądź wylew, a ci ludzie towarzyszą, po prostu, oczekiwaniom na ambulans.
       Cóż, życie często jest przykre.
       Uznaję, że krycie się za drzewem, jak jakiś szpieg jest w tej sytuacji dość głupie. Po prostu, przejdę koło grupki ludzi towarzyszących tragedii jakiegoś pechowca, który dziś właśnie miał wątpliwą przyjemność spotkać się ze zdarzeniem przypominającym mu, że jest tylko zwykłą istotą śmiertelną. Może nawet zapytam, co też takiego się stało. Nie żeby mnie to jakoś specjalnie obchodziło, ale może będzie to dobry pretekst ku temu, żeby poznać wycinek rzeczywistości zwykłych ludzi, z którego może kiedyś narodzi się książka. Zadedykowałbym ją wtedy anonimowemu zawałowcowi...
       Kieruję swe kroki w stronę stojących pod klatką ludzi. Oni odwracają głowy w moją stronę, gdy tylko wchodzę w snop światła latarni. Czy mi się zdaje, czy mój widok wywołał wśród nich jakieś poruszenie? Nie, chyba nie. Chociaż z drugiej strony... sprawiają wrażenie, jakby moja obecność ich spięła.
       Podchodzę powoli i uśmiecham się smutno. Ludzka tragedia mimo wszystko jest kiepskim momentem na zawieranie znajomości. Czuję się speszony wzrokiem tych ludzi, którzy wcale nie ignorują mnie, tak jak się tego spodziewałem. Wręcz przeciwnie. Wszyscy zgromadzeni tu mężczyźni wlepiają we mnie swój wzrok, nie spuszczając go choćby na moment. To automatycznie sprawia, że ja opuszczam swoje spojrzenie wiedząc już, że żadnych znajomości dziś zawierać nie będę.
       Odeszła mi też ochota na zwykłe wyminięcie ich. Zaczynam żałować, że nie poczekałem za drzewem aż sobie pójdą. Coś tu wydaje się być nie tak i czuję, że mój chód samoistnie nieco zwolnił. Oddycham głęboko, liczę w myślach do pięciu, i zmuszam nogi, by kontynuowały swą pracę. Mimo wszystko strach jaki nagle poczułem, wydaje mi się bardzo absurdalny... pomimo jego realności.
       Gdy, od wpatrujących się we mnie ludzi, dzieli mnie zaledwie parę kroków słyszę dochodzący z ich strony głos. Po tym zdaniu czuję jak na moje ciało wdziera się niekontrolowany dreszcz.
       - Uwaga, niech nikt mi teraz nie zawaha. Musimy działać szybko i sprawnie.
       Podnoszę zaskoczony wzrok na ludzi stojących trzy metry przede mną i czuję, jak
w moją twarz uderza chłód cieczy, którą właśnie we mnie chluśnięto. Z moich ust wydobywa się jęk. Chwytając się prawą dłonią za twarz, zaskoczony cofam się chwiejnie o parę kroków.
       Dalsze wypadki toczą się bardzo szybko.
       Czuję, jak ktoś chwyta mnie od tyłu wykręcając obie ręce za plecy. Ktoś krzyczy coś, czego nie udaje mi się zrozumieć, a w następnej chwili ktoś uderza mnie z całej siły w twarz. Ktoś przytyka mi do czoła jakiś metalowy przedmiot.
       - Poczuj smak krzyża, potworze! – czy przedmiotem przytkniętym do mojego czoła jest krucyfiks? O co tu chodzi?
       Przede mną wyrasta mężczyzna trzymający w prawej dłoni naostrzony na końcu kołek, w lewej, sporych rozmiarów młotek. Z przerażeniem zauważam, że zbliża się do mnie mierząc mnie nienawistnym spojrzeniem. Gdy naostrzony koniec kołka znajduje się przy mojej piersi, chcę krzyczeć, ale ktoś zasłania mi usta dłonią. Chcę się wyrwać ale trzyma mnie jednocześnie już czterech mężczyzn odbierając choćby najmniejszą nadzieję na wyswobodzenie się. Gdy człowiek stojący przede mną podnosi lewą dłoń, chcąc najwyraźniej uderzyć młotkiem w kołek, który bez najmniejszego problemu znalazłby się
w moim sercu, słyszę wypływające z jego ust słowa, które mają być ostatnimi, jakie słyszę
w życiu. Mimo sytuacji czuję lekkie rozbawienie. Cóż, takiej opcji mojego wizerunku nie przewidziałem.
       - W imię Chrystusa Zbawiciela, giń wampirze!
       Dzięki temu, że zamykam oczy nie widzę, jak moja pierś ugina się i pęka pod naporem zaostrzonego kawałka drewna. I dobrze. Nie lubię widoku krwi.



* w czasach gdy napisałem to opowiadanie, paczka Marlboro rzeczywiście tyle kosztowała.