***
- w gruncie rzeczy każdy jest sam - broccoli ocknęła się z zamyślenia.
antonina zmierzyła ją wzrokiem, jak gdyby zaczęła dostrzegać więcej niż do tej pory, więcej niż pozwalało jej zobaczyć zauroczenie.
- o czym ty znów mówisz? - spytała z grymasem na twarzy.
- ach, wiesz, tak tylko sobie pomyślałam, ktoś kiedyś powiedział i to rzeczywiście musi tak być...
- ...rety - przerwała jej antonina - nie sądziłam, że ty zaczniesz o tym mówić, jasne, każdy sam zmaga się ze swoim strachem, gdy musi pójść w nocy do łazienki, ale po co o tym mówisz?
broccoli niepewnie spojrzała na antoninę, nagle speszona i maleńka.
- ja.. ja właściwie to chciałam jeszcze porozmawiać o niej, wiesz. jej, naprawdę chciałabym znać jej imię.
- po co? - rzuciła antonina.
- no.. - broccoli czuła się zbita z tropu niecodziennym zachowaniem antoniny. - choćby po to, żeby ją zobaczyć wyraźniej, żeby ją nazywać.
- zobaczyć wyraźniej? nazywać? - antonina pokiwała głową z niesmakiem. - w twoich marzeniach - wyobrażeniach, tak? wiesz, naprawdę myślałam, że masz więcej wyobraźni
i potrafisz sobie poradzić w takich sytuacjach.
- czyli co, zawiodłaś się na mnie. - broccoli uśmiechnęła się, a antonina odpowiedziała jej niemal tym słodkim, dziewczęcym antoninowym uśmiechem.
- heh, masz rację.
- odnośnie? - broccoli nie była pewna czego tak naprawdę dotyczyło antoninowe zamyślenie.
- odnośnie tego, że każdy jest sam. - roześmiała się. - zamykasz się w swojej głowie z twoim wyobrażeniem o tej dziewczynce i nikt nigdy się tam nie dostanie, do ciebie, do was...
- smuci cię to?
- bo ja wiem - antonina wzruszyła ramionami - chcesz mi jeszcze coś o niej powiedzieć?
broccoli przyglądała się antoninie i wydawało jej się, że wprost na jej oczach antonina zaczyna błyskawicznie nabierać tej goryczy dorosłości, uciekać od siebie. - dlaczego antoninko? - pomyślała.
- wiesz gdzie ją zobaczyłam po raz pierwszy? - broccoli nie chciała tracić antoniny na rzecz krótkotrwałego zauroczenia, nie mogła jednak poradzić nic na to, że się oddalała, że ukrywała się głęboko sama w sobie, tysiące kilometrów od wszystkich i wszystkiego oprócz. - pamiętasz tą opuszczoną stację benzynową?
w jednej chwili pełznąca dorosłość uciekła od antoniny. jej usta wygięły się w podkówkę,
a w oczach zalśniły łzy.
- broccoli - wyszeptała. - ona... ona nie istnieje!
- jak to nie istnieje?!
- wszyscy oni z opuszczonej stacji benzynowej, oni tylko udają, że żyją, udają, że kochają, że słuchają, że rozumieją. oni są tylko na pokaz, istnieją tylko jako krzykliwa zewnętrzna powłoka, głośny śmiech z wszystkich i wszystkiego, ale w środku nie mają nic, tak naprawdę to... to ich nie ma.
- och... - cicho odpowiedziała broccoli. - ale... ale skąd ty o tym wiesz?
- bo ja... - zaczęła antonina i dziecięcy smutek znów odmalował się na jej twarzy. - bo ja też myślałam, że są wspaniali i kolorowi w środku, tak bardzo nie chciałam być sama i wydawało mi się, że tak bardzo do nich należę i wpadłam w pułapkę zauroczenia, a wszystko okazało się wielkim żartem, zostałam samotna jak nigdy dotąd, znalazłam się na torach kolejowych, ty splunęłaś na moją głowę... - powiedziała antonina chłodno, z wzrokiem utkwionym w ziemię.
- antoninko... - broccoli wyciągnęła rękę i dotknęła dłoni antoniny, ale ta ją strąciła.
- wiem, że moje gadanie cię nie wyleczy, więc chodźmy. - antonina zerwała się z miejsca
i zaczęła szybko iść. broccoli w tej chwili myślała o czymś zupełnie innym niż zauroczenie dziewczyną z opuszczonej stacji benzynowej, ale dziwnie bała się, że gdyby nie podążyła teraz za antoniną mogłaby ją stracić na zawsze, a nie chciałaby tego, nie teraz, nigdy.
- antoninko, poczekaj! - zawołała i ruszyła, by ją dogonić.
przez całą drogę antonina była nieco z przodu, szczególnie myślami, unikała kontaktu
z broccoli, usta miała zaciśnięte, a oczy patrzyły niżej. odezwała się dopiero, gdy dotarły na miejsce, zbliżyły się do grupki ludzi, przyciągających z zewnątrz, odpychających od wewnątrz.
- która to? - zapytała bez ogródek. - ta? - hardo wystawiając do przodu małą bródkę, wskazała na jedną z dziewczyn zgromadzonych na opuszczonej stacji benzynowej.
broccoli spojrzała na nią zmieszana i nieśmiało skinęła głową.
- cześć. - wskazana dziewczyna odezwała się do antoniny. - długo cię tu nie było. musiałaś bardzo stęsknić się za naszym towarzystwem. ale czekaj... coś się w tobie zmieniło... tylko co... - dziewczyna zaczęła wolnym krokiem obchodzić antoninę dookoła. broccoli cofnęła się nieco. - ach już wiem! to ta odwaga! skąd ona się w tobie wzięła, co? gdy od nas odeszłaś myślałam, że załatwiliśmy cię na tyle, że już zawsze będziesz maskować strach głupim zachowaniem...
- ... tak jak wy? - weszła jej w słowo antonina.
dziewczyna spojrzała na nią z zaskoczeniem i ponieważ nie wiedziała co powiedzieć, zwróciła się w stronę broccoli.
- o, cześć. - powiedziała wracając do równowagi. - wiedziałam, że przyjdziesz. - zaśmiała się krótko. - to co, chcesz zostać i pobawić się?
- jak masz na imię? - zapytała broccoli, nieśmiało spoglądając na antoninę, która stała obok
i rosła w siłę, która zdumiewała broccoli.
- ona ma na imię Seryjny Zabójca. - odezwała się antonina. - zabija prawdę i szczerość we wszystkich, którzy się nabiorą na to co tutaj.
broccoli spojrzała dziewczynie w oczy i zobaczyła w nich coś, co kazało jej się odwrócić, odbicie tego co za nią, smutnych cieni wyłaniających się zza rozbitych dystrybutorów, pozbawionych szyb starego sklepu, zwisających z sypiącego się dachu, ciemnych przezroczystych postaci, które kiedyś były pełne życia i dziecięcej naiwności, zupełnie jak jej antoninka. a potem usłyszała to, co słyszała już wcześniej, zaraz gdy tu przyszły, i jeszcze wcześniej, za każdym razem, gdy mijała to miejsce, usłyszała dziesiątki smutnych kołysanek śpiewanych przez dziesiątki przeraźliwych cieni, spragnionych snu, który nigdy nie nadejdzie. przerażona tym, co zobaczyła, broccoli złapała antoninę mocno za rękę i zaczęła biec jak najszybciej i jak najdalej od tego miejsca. biegły i biegły, aż broccoli nie mogła już dłużej złapać tchu, zatrzymała się i zobaczyła, że antonina też już nie może i na tym bezdechu złapała jej twarzyczkę w swoje dłonie i zaczęła całować, całować, aż obydwie prawie omdlałe znalazły się na ziemi i klęcząc przy sobie dosłyszalnie jedynie dla nich samych wyszeptały:
- dziękuję, że uratowałaś mi życie...
- dziękuję, że uratowałaś mi życie...
Opublikowany tutaj fragment jest częścią „Kolażu”, większej całości przygód broccoli.
agata wilk – ur. 1983 w mysłowicach, o sobie mówi, że nie ukończyła żadnej uczelni i niewiele wie. lubi horrory, drzewa, lalki barbie i nietoperze. wciąż zastanawia się kim będzie, gdy dorośnie.