| strona główna |
| wydarzenia |
| numer 02/2008 |
| numer 01/2007 |
| eseje |
| recenzje |
| poezja |
| proza |
| felietony |
| wywiady |
| foto |
| redakcja |
| szukaj |

strona główna
proza
Małgorzata Bachanek: Duże cycki to nie wszystko
proza
Małgorzata Bachanek: Duże cycki to nie wszystko | Małgorzata Bachanek: Duże cycki to nie wszystko | | drukuj | |
|
Po raz ostatni przyleciała do Polski, żeby się rozwieść. Krakowskie Balice, wielkością przypominające raczej przystanek autobusowy, tylko utwierdziły ją w przekonaniu, że ma większy apetyt na życie. Kiedyś rozdarta między krajem a Londynem, teraz wiedziała, na co ją stać. Na wiele. Nowiutki, jasny płaszcz z Harrodsa, absolutnie niepraktyczny, kozaki na wysokich obcasach i torebka za dwie stówy, funtów oczywiście.
”Gdzie ta cholerna walizka?" pomyślała, przywiązana do jej zawartości. Każdy ciuch miał swoją cenę, nawet jeżeli podarowany, to przecież nie za piękne oczy. Zaraz, zaraz jak ci głupi Anglicy mówią?... "The best things in life are free." Co za idiotyzm, najlepszy w życiu jest seks, a dobry seks kosztuje. "No, jest!" walizka, elegancka, za duża jak na wyprawę tam i z powrotem. - Aldona! - jest mąż, nic się nie zmienił. - No cześć Misiaczku, długo czekasz? - Trzy miesiące i dwa dni - ujął to precyzyjnie. - Ale na lotnisku, Misiaczku... - nie dała się zbić z tropu, a tym bardziej wpędzić w poczucie winy. - Zaledwie pół godziny. Chodź, zabieram Cię do domu. Home sweet home, wcale nie, 2-pokojowe mieszkanie w bloku na Piaskach. Pamiętała ten smród z windy, odrapaną lamperię, niewybredne miłosne wyznania gdzie popadnie. Pani Wścibska, najbliższa sąsiadka, której szerokokątny wizjer jest oknem na świat, wychynęła na korytarz. - Ooo! Małżonka wróciła, co za ulga. Ludzie przepadają bez wieści na tych saksach - powiedziała znacząco. - Dzień dobry pani - odpowiedzieli prawie równocześnie. - A dzieci gdzie? - Zostały z mamą. - A to pani tam wraca? - Tak, za trzy dni. - To się pan specjalnie żoną nie nacieszy... - dodała z przekąsem. - Zrobię, co będę mógł. Po upojnej nocy rozwiedli się. Układ był następujący: Aldona po powrocie do Londynu wyjdzie za Kevina, Murzyna, któremu przesłoniła świat, dostanie obywatelstwo, a po odpowiednim czasie rozwiedzie się z Kevinem i ściągnie byłego już męża do swojego nowego domu. I on, to znaczy były już mąż, jej w to uwierzył i zgodził się czekać, bo po tak upojnej nocy był święcie przekonany, że warto. Na lotnisku Heathrow poszło gładko. Było to w ubiegłym stuleciu, a więc przed przyjęciem Polski do Unii Europejskiej, można się było spodziewać utrudnień, krępujących pytań o cel podróży i stan konta, dowodów poświadczających zeznania, kontroli osobistej i bagażu, itp. Jak zawsze zadziałał jej urok osobisty. Na swój drugi ślub założyła kremowe spodnium, nie zaprosiła matki, bo ta jak zwykle harowała po godzinach. Zresztą ślub był tylko formalnością, o czym wiedzieli wszyscy oprócz Kevina. Poczciwy był to gość, kucharz, mąż idealny dla kobiety, która nie ma czasu na gotowanie, zajmowanie się domem, dziećmi. Przejął te funkcje z radością, bo zakochał się jak głupi i jak sądził z wzajemnością. Aldona nigdy nie wstydziła się okazywania uczuć, nawet jeżeli nie były prawdziwe. Dla większości mężczyzn, z jakimi obcowała, jej wyrachowanie było dopuszczalne, a nawet pożądane. Nie była to kobieta piękna, ani elokwentna, ale ciało miała boskie i bosko je nosiła, świadoma przewagi, jaką miała nad każdym mężczyzną bez wyjątku; wystarczyło takiego zauważyć i mogła go mieć. I miała nie jednego... Kto by liczył?! Zmieniły się czasy, przynajmniej w Londynie. Nikt tu nikogo nie potępia za seks, "one night stand" jest powszechnie akceptowane, a kariera w porno biznesie - szanowana, przynajmniej w pewnych kręgach. Larry obiecał, że zrobi z niej gwiazdę porno. Nigdy więcej prasowania i sprzątania po domach londyńskiej klasy średniej! Nigdy więcej pomywania w restauracjach, roznoszenia ulotek, niańczenia staruszków! Nigdy więcej posługiwania!!! Tak postanowiła i tak też zrobiła. Małżeństwo z Kevinem dało jej dzieciom poczucie bezpieczeństwa i poniekąd odebrało jej ten przykry obowiązek czuwania nad nimi, czego nigdy tak naprawdę nie polubiła. Cóż, nie odnalazła się w roli matki, chociaż ciotki zapewniały, że poczuje instynkt, jak tylko przytuli swoje nowo-narodzone dziecko. Niestety! Ani jej pierworodna, Zuzia, ani syn, Kubuś nie poruszyli zbytnio jej serca. Była przy nich z obowiązku, nie z miłości. Dobrze, że trafił się taki Kevin, mogła nareszcie zająć się sobą. 25 lat to trochę późno jak na start w porno biznesie, choć Larry był odmiennego zdania. Poznała go w barze w Hackney, dzielnicy złodziei. Była z koleżanką z Rosji, a Larry zapłacił za wszystkie drinki, jej i koleżanki. Miał gest! Zapłacił też za taksówkę, która po całonocnym seksie odwiozła je do domów. Następnego dnia zadzwonił do Aldony, a wieczorem zabrał do lokalu znajomego. Była to knajpa z półnagimi dziewczynami, tańczącymi na barze, rurce, albo za dopłatą w specjalnych wnękach, bezpośrednio przed facetem. Spodobały jej się te klimaty, napaleni faceci, wtykający papę za majteczki dziewczyn. Od razu zapytała właściciela, czy mogłaby spróbować. Odpowiedział: - Why not? But after you've had your boobs done. Jeszcze nigdy żaden facet nie skrytykował jej cycków! Że niby co, za małe? Tydzień później umówiona była na konsultację w klinice chirurgii plastycznej. Kevin dał się urobić po tym, jak wyznała nieszczerze, że od zawsze miała kompleks małych piersi. Na wizytę pojechali razem, jej angielski był daleki od perfect, a poza tym to Kevin miał zasponsorować zabieg. Jakieś 5 tysięcy. Po w miarę oględnym badaniu, dostała formularz do wypełnienia. Dziesiątki pytań, po angielsku, same trudne. O choroby, o zabiegi, jakie przeszła, itp. Kevin nie mógł jej pomóc. Przypomniała sobie o tej Polce, sąsiadce mamy, co to mieszkała z takim jednym skośnookim. Zabrała raz matkę do lekarza i wszystko tłumaczyła na miejscu i w aptece pomogła. Na kursy chodziła, to sobie angielski doszlifowała. Jeszcze tego samego dnia podjechali do Brixton, gdzie mieszkała matka ze swoim fagasem, a po sąsiedzku ta, jak jej tam... Miss Go, chyba. Stłoczeni we dwoje w maleńkim pokoju, spełniającym funkcje sypialni, livingu i kuchni, Polka i Koreańczyk, wzbudzili w Aldonie współczucie. - Jak będzie po koreańsku "kocham cię"? - Salanhe. - odpowiedziała zażenowana dziewczyna, a skośnooki tylko się uśmiechnął. - Umiesz coś jeszcze? - Nic takiego. Podstawowe zwroty. - Fajny ten twój chłopak, mielibyście ładne dzieci. - Może. Jego geny są silniejsze. - A to prawda, co mówią o Azjatach, że mają małe...no wiesz? - spojrzała w dół. - Nie mam porównania, spałam z jednym. - No i? - nie dawała za wygraną. - Nieprawda .- wyznała na odczepnego, a skośnooki nic nie zrozumiał i podał herbatę. - Sugar? - No, thanks. - wyszczerzyła zęby. Po zabiegu była mocno obolała, ale też zadowolona z efektu. Rozmiar stanika 34E, musiała dać się zmierzyć w Marku i Spencerze. Podobno wszystkie Angielki kupują swój pierwszy biustonosz właśnie tam. Pierwszy stanik odmienionej Aldony nie był ładny, bawełniany, bez fiszbin - zalecenia lekarza - potem były koronkowe, w przeróżnych kolorach i fasonach, lateksowe, mniej lub bardziej zabudowane, skórzane, zawsze w komplecie z majtkami. Nie wszystkie kupował jej Kevin. Był przecież Larry, klienci z baru... - Wiesz babciu, wczoraj, jak Kevin pojechał do pracy, przyjechał do nas Larry. Mówiłam, że mama się kąpie, ale on mnie nie słuchał i poszedł tam do niej, do łazienki i długo nie wychodzili - wyznała raz babci 7-letnia Zuzia... - Co Ty wyprawiasz, na oczach dzieci, całkiem zdurniałaś? - Przecież nie na oczach, tylko w łazience. A co cię to obchodzi? Mieszkasz z kretynem, to mi nie mów, jak mam żyć. Trzeba mi było dać tę kasę na skrobankę, nie byłabym teraz złą matką. - Tylko kurwą! - I co z tego?! Robię, co lubię i mam z tego kasę, a kiedyś będę sławna. Uważaj, co mówisz, bo zapomnę o tobie. Kevinowi powiedziała, że stoi za barem. Kiedy rano szykował dzieci do szkoły, ona jeszcze odsypiała nockę, po lunchu zwykle nie skąpiła mu czułości, potem jego praca do późnego wieczora, w międzyczasie ona odbierała dzieci ze szkoły, a kiedy wracał, wychodziła. Nie zawsze do baru, czasami Larry zabierał ją na imprezę. Rozsmakowała się szczególnie w ekstazie. Tamtego wieczoru zaproszeni byli do Cunning Town, we wschodnim Londynie, gdzie rozgrywa się akcja jej ulubionej opery mydlanej - Eastenders. Nie przegapiła żadnego odcinka, odkąd została żoną jednego Anglika i kochanką drugiego. Dość późno dotarli na miejsce. Większość towarzystwa była już albo pijana, albo porobiona, albo i jedno i drugie. Gospodarz domu, chyba Jamajczyk, powitał ich serdecznie i zaproponował drinki. Potem jakieś tabletki, różne. Potem Larry gdzieś zniknął, potem nie rozumiała, co ten Jamajczyk do niej mówił, bo miał ciężki akcent, bo przecież jej angielski się bardzo poprawił odkąd poznała tylu Anglików, więc to chyba przez ten akcent nic nie rozumiała, wszystko jej się zaczęło zlewać, słowa, twarze, ręce, światła... Obudziła się z zimna. Było jakby ciemno, leżała na wpół rozebrana na dywanie, nie była sama. Obok leżeli ludzie, których nie poznawała. Przez maleńkie okna tuż pod sufitem zaglądało blade rano. Znalazła torebkę, telefon. - Mamo, to ja. Nie wiem gdzie jestem, w jakiejś piwnicy, z jakimiś ludźmi - ledwo wybełkotała. - Dziecko, co ty mówisz, w jakiej piwnicy?! - W normalnej. Głowa mnie boli, tak strasznie... nie mam butów... - Gdzieś ty znowu polazła?! - uniosła się matka. - Mamo, nie krzycz, proszę. - Zawsze to samo, wieczne kłopoty. Gdyby ci ojciec nie umarł, kiedy byłaś mała, to by czasami przylał, to może by co z ciebie wyrosło, a ja wiecznie zapracowana... - Mamo daj spokój, nie teraz, ja nie wiem, jak się stąd wydostać - rozpłakała się w słuchawkę. - Trzeba się było nie szlajać! - Wtedy też mi tak powiedziałaś, pamiętasz... a ja go kochałam – nie przestawała płakać, ciągle jeszcze odurzona nie wiadomo czym. - Ale on ciebie nie, skoro uciekł, jak tylko o ciąży usłyszał – ryknęła matka w słuchawkę. - Mamo, dlaczego on mnie nie kochał? - zawyła przeciągle. - Tyle razy mnie o to pytałaś, dziecko, nie wiem. Wracaj do domu! - Nie wiem jak. Gdzie ja jestem? - Will you just shut the fuck up, you stupid cow?! People are trying to sleep here - wydarł się jakiś asfalt. - You shut up. I talking my mother! - odparowała nigdy dłużna Aldona. Na to otwarły się drzwi i wszedł Larry. - Get your staff, bitch. We're going - powiedział beznamiętnie. - I said you not call me "bitch". - NOW! - z lekka się wkurzył. Na to Aldona pozbierała swoje bety i już bez słowa poszła za nim. Chciała zapiąć się pod szyję (te londyńskie poranki bywają chłodne), ale w bluzce brakowało paru guzików. The end Małgorzata Bachanek, miłośniczka dużych miast, cudzych kotów i czekolady byle nie gorzkiej. Zawodowo rozdarta w sobie; ciągle nie wie kim chce być, kiedy dorośnie. Może podróżującą panią od angielskiego, może projektantką torebek, a może właścicielką domu z ogrodem w stylu japońskim. Rzadko pisze, chyba że z nudów. |

Małgorzata Bachanek, miłośniczka dużych miast, cudzych kotów i czekolady byle nie gorzkiej. Zawodowo rozdarta w sobie; ciągle nie wie kim chce być, kiedy dorośnie. Może podróżującą panią od angielskiego, może projektantką torebek, a może właścicielką domu z ogrodem w stylu japońskim. Rzadko pisze, chyba że z nudów.