FATALISTA
strona główna arrow recenzje arrow Wojciech Beśka: Nawróceni na rocka.
Wojciech Beśka: Nawróceni na rocka. pdf  | drukuj |  email
Familijny zespół o zielonoświątkowych korzeniach, którego przygoda muzyczna rozpoczęła się w Nashville – to musi się źle kojarzyć, mało rockowo. Jackson Five? Kelly Familly? Ewangelickie rajdy i migracje po południowej części USA z ojcem kaznodzieją – to średnio inspirujące dla rockowej materii. Trzech braci grających country między pokazami rodeo – to już zupełnie nie wygląda rock n’rollowo. A czy brzmi rockowo? Brzmi doskonale, brzmi rasowo, brzmi jak Kings of Leon. Brzmi jak nierealny sen... Sen, który warto powtarzać w nieskończoność, a zwłaszcza przy okazji premiery nowej płyty zespołu, o którym mowa. Naprawdę piękny sen. Było sobie trzech braci i spędzili dzieciństwo na tułaczce od plebani do plebani, od zakrystii do zakrystii, od salek ewangelizacyjnych do salek katechetycznych. I gospel dudnił im w głowach, a świeckiego rocka długo nie uświadczyli. I wpajał im tata zielonoświątkowy kaznodzieja, że nadejdzie przełomowe wydarzenie w ich życiu – tzw. odrodzenie (regeneration). I słuchali z wielką nadzieją tego bracia podczas tourne ewangelickiego, które chcąc nie chcąc było częścią ich gospelowego życia. Dziękczynne pieśni wypełniały ich egzystencję, ale coś w tym nie grało. I Caleb drugi, co do wieku za skromne kieszonkowe, kupił kiedyś radyjko. A co go podkusiło będzie słodką tajemnicą. I łapał fale inne, niż te zielonoświątkowe standardy oazowe. Radyjko pod poduszką podpowiadało Calebowi pełen obietnicy zgiełk i niepokorny jazgot. Ale za nim był jazgot, pojawił się prawdziwy zgrzyt. Rodzice Nathana, Caleba i Jareda rozwiedli się jak Pan Bóg zakazał. I chłopcy z Tennessee przenieśli się do Nashville, a tam malowali domy i przygrywali soundtracki dla kowbojów ujeżdżających byki. I wypili pierwszą butelkę whisky, i niedługo po tym spotkali w Nashville Anioła - Angelo Petraglia. I zabrał ich anioł do Nowego Jorku, i za wstawiennictwem anioła, szczęśliwie bez kolejki szybko podpisali kontrakt z wytwórnią RCA- molochem, co i niektórym zajmuje lata świetlne. I przyjęli na łono swego zespołu kuzyna Matthew i ochrzcili swe dziecko Kings of Leon na cześć ojca, którego kariera jako pastora została zachwiana przez nadpobudliwe i wybujałe libido. I chociaż się z Królem Lwem nazwa kapeli bardzo kojarzy, to oni zostawili. I zamiast uprawiać Chrześcijaństwo entuzjastyczne, zaczęli wyprawiać euforycznie rock n’ rolla jak by ich z klatki wypuścił. I nagrali Youth and Young Manhood i The Strokes zabrali ich na trasę. I nie podchodzili do swej muzyki obrzędowo, i nie grali obrzędowo, ani sakralnie, choć przez połowę życia jedyne, co słyszeli, to gospel. Grali zapalczywego, staroświeckiego, szalonego rocka. Ale to, co prezentowali miało i nadal ma coś z ewangelii, bo porywali tłumy i Zawałowcy z Nowego Yorku wiedzieli, że są w opałach i słusznie, bo przerósł support mistrza. I razili piorunami ze sceny i numer jeden za oceanem i numer jeden po drugiej stronie oceanu. Odrodzili się bracia, że recenzentom Rolling Stone’a długopisy w dłoniach drżały. I gdzieś tam w Calebie kolebał się konflikt moralny, poczucie winy, że zostawił Zjednoczony Kościół Zielonoświątkowców, że z deszczu na scenę, ale w gruncie coś mu ulżyło, kamień spadł mu z serca i krzyczał jak nigdy pełen entuzjazmu. I do tej pory nosi krzyż na szyi, choć na ostatniej płycie śpiewa, że Jezus niekoniecznie musi go kochać. I jak słucham podobnych historii to wierzę w rock n’rolla i nie zastanawiam się czy to kreacja, rockowy szwindel i czy Elvis żyje. Muzyka zna wiele przypadków spektakularnych nawróceń, przypadek Kings of Leon jest wywrotowy, ale do bólu autentyczny. Sen kończy się na ostatniej płycie „Only by the night” i jak słucham nowej płyty Synów Leona Dziadka i Ojca, to słyszę, że chłopaki mają delikatnego kaca, że odstawili galopujące Lynard Skynard, a bliżej im do dziwnie soulowo-bluesowego U2. Więcej liryzmu i zadumy, mniej złości i rockowego zęba. Jest nastrojowo, ale nie mazgajsko. Prawdziwy triumf piekielnie autentycznego grania, bez fałszu, sztuczności i wyrachowania. Ten specyficzny luz, instynkt - niemal duchowy kontakt z muzyką. Nienachlana przebojowość, dojrzałość i dystans, podlane podane z rockowym charakterem. „Sex on fire”, „Use sombody” nawet osuszane w największych sieciach radiowych nie tracą swej eteryczności. Wcześniej brali instrumenty do rąk i grali, co im przyszło do głowy, z niekłamaną dumą twierdząc, że jeżeli nad jakimś utworem pracowali dłużej niż 15 minut to na ogół był do bani. Kowbojskie buty, wytarte dżinsy, pokaźne wąsiska – chłopaki z południa, chłopaki z jądrami. Dzisiaj jądrem muzyki są raczej nastrojowe piosenki jak „Manhattan”, czy „Notion”, ale wcale to nie oznacza, że chłopaki jaja stracili. Co prawda nie ma na płycie takich killerów jak „Charmer”, czy „On call”, są za to silent-killery jak „Use sombody”, z przeszywającym bluesowo-soulowym śpiewem Caleba. Jest też bardziej optymistycznie jak w: „I want you”, czy „Be somebody”. Bracia są bardziej wyciszeni, ale też już nie błądzą po omacku, chcą więcej przestrzeni i spokoju w muzyce. Paradoksalnie po takiej płycie długo świętego spokoju nie zaznają. Numer jeden w Wielkiej Brytanii, numer jeden w USA, i nawet w Polsce znakomity singiel „Sex on Fire” w radiowej Trójce zawędrował na same szczyty. Kings of Leon fascynują i urzekają, jak nikt inny – zielonoświątkowi ministranci nawróceni na rocka, to nie zdarza się często. Boże nie daj im wrócić na salki katechetyczne, przynajmniej nie przed koncertem w Polsce.

King of Leon – „Only by the Night” Sony Music 2008




Wojciech Beśka, dziennikarz i fotoreporter tygodnika Kulisy Powiatu, instruktor Ośrodka Kultury w Pajęcznie. Potrafi się przebrać za lodówkę studencką i recepcję akademicką. Z pasji fotograf, z zamiłowania kinoman. Miłośnik alternatywnych dźwięków rodem z Kanady.