| strona główna |
| wydarzenia |
| numer 02/2008 |
| numer 01/2007 |
| eseje |
| recenzje |
| poezja |
| proza |
| felietony |
| wywiady |
| foto |
| redakcja |
| szukaj |

recenzje
Patrycja Kaleta: Głodne kawałki Marty Syrwid? | Patrycja Kaleta: Głodne kawałki Marty Syrwid? | | drukuj | |
|
„Zaplecze” nie jest bowiem lekturą pokroju „Pamiętnika narkomanki”, czy „My, dzieci z dworca ZOO”, w moralizatorski sposób analizującą kolejne zagrożenie owego „okresu burzy i naporu” jakim jest dojrzewanie. To raczej powieść o głodzie, chorobie – pojmowanych zarówno dosłownie, jak i metaforycznie. To historia Klary, dziewczyny-manekina, w ciągłym pędzie ku doskonałości. Klara to osoba jakby z pogranicza dwóch światów. Jednocześnie przegląda się w szybie i próbuje przez nią przeniknąć. Usilnie pracuje nad swoim wyglądem, chce być uznawana za doskonałą, nie potrafi jednak uciec od ciągłego, obsesyjnego rozdrapywania ran kryjących się w jej zapętlonym wnętrzu. Dobrze oddaje to forma, jaką wybrała Syrwid dla tej opowieści. To dialog, który dziewczyna toczy z samą sobą, opowiadając swoją historię i tłumacząc, w jaki sposób znalazła się w takim właśnie położeniu. Precyzyjne odmalowanie złożoności stanu psychicznego głównej bohaterki, to z pewnością mocna strona tej powieści. Marta Syrwid serwuje czytelnikom bardzo przejmujące obrazy. Sprawozdania z tego, jak zmienia się ciało Klary, sugestywne opisy jej anorektycznych fantazmatów, takich jak choćby przekonanie, że może do woli obgryzać skórki i żywić się nimi, bo w ten sposób nie przytyje, czy opisy gargantuicznego wręcz apetytu, z jakim Klara spogląda na swoje pulchne koleżanki – to fragmenty bardzo świeże i stanowiące o wartości książki. Przysłaniają je jednak zupełnie momenty, w których autorka próbuje pokazać nam, jakie są motywacje Klary, dlaczego właściwie się głodzi i dąży do pojmowanej w tak przejaskrawiony sposób perfekcji. I tu osuwamy się w otchłań dość taniego psychologizmu, dowiadując się, że ojciec jej nie kochał, stosował przemoc fizyczną i psychiczną, od dziecka zmuszana była do jedzenia, miała problemy z odnalezieniem się w grupie rówieśników itp. itd. Trochę to wszystko zbyt proste i oczywiste, szczególnie w zestawieniu ze skomplikowanymi opisami psychicznych stanów głównej bohaterki. Całe szczęście, Marta Syrwid na tym nie poprzestaje, idąc w budowaniu historii o krok dalej. I to właśnie ten krok i jego konsekwencje sprawiają, że „Zaplecze” nie jest książką o anoreksji pojmowanej w sposób dosłowny. Autorka, pozornie skupiając się cały czas na postaci Klary, odmalowuje bowiem jednocześnie całkiem wyraźnie całą galerie postaci drugoplanowych, takich jak członkowie jej rodziny, czy koleżanka ze szkolnej ławki. Wszyscy oni dotknięci są jakąś wewnętrzną chorobą, wszyscy oni cierpią na jakąś – pojmowaną w metaforyczny sposób – anoreksję. To sprawia, że także na głód, trawiący główną bohaterkę zaczynamy patrzeć inaczej, motyw ten uniwersalizuje się. Można także śmiało powiedzieć, że „Zaplecze” to również opowieść o konsumpcji. Znów – pojmowanej w sposób dosłowny i w przenośni. Młode lata Klary przypadają bowiem na okres transformacji ustrojowej, mamy więc i w powieści trochę elementów z tamtego okresu – gadżety z ostatnich lat siermiężnego socjalizmu i początków raczkującego kapitalizmu oraz nieśmiało, niejako mimochodem postawione pytanie, jak wychowywanie się w takim momencie dziejowym może wpłynąć na jednostkę. To temat, który w literaturze polskiej – mimo kilku prób – nie został chyba ostatecznie wyzyskany. Wydaje się, że Marta Syrwid ma do niego „serce” i klucz, jakim jest odpowiedni język opisu. Właśnie język jest następnym istotnym elementem, o którym warto wspomnieć, pisząc o „Zapleczu”. Sposób opisu, po jaki sięga autorka, jest bardzo obrazowy, organiczny, kobiecy, a jednocześnie mięsisty i „osobny”. Czasem jednak jej sprawność językowa ociera się o efekciarstwo. Momentami można mieć wrażenie, że podkręca ona historię, żeby pokazać, że stać ją na językową ekwilibrystykę. To, szczególnie na początku lektury, może rodzić obawy, że oto mamy do czynienia z kolejną młodą autorką, która potrafi opowiadać, nie ma jednak wcale nic ciekawego do opowiedzenia. To niestety częsta wśród młodych polskich prozaików przypadłość, prowadząca do konstruowania książek bez fabuły i myśli przewodniej. Czy cierpi na nią Marta Syrwid? Trudno chyba na tym, wczesnym przecież etapie jej pisania, wyrokować. Na utkanie historii o Klarze wystarczyło jej zarówno predyspozycji lingwistycznych, jak i daru opowiadania. Osobiście mam nadzieje, że tak będzie i z każdą kolejną książką. „Zaplecze” to bowiem powieść z motywem głodu w tle, wzbudzająca apetyt na kolejne opowieści Marty Syrwid. Marta Syrwid, „Zaplecze”, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2009.
|

Marta Syrwid to młoda (rocznik 1986) pisarka, nazywana na literackich blogach „najgorętszym ciałem polskiej literatury”. Jej pierwsza powieść „Zaplecze” wydania niedawno przez W.A.B., to na pierwszy rzut oka także, nomen omen, historia o cielesności. W pierwszych recenzjach książka obwołana została „opowieścią o anoreksji”. Łatka chwytliwa, nośna medialnie, ale „upupiająca” już na starcie. Może przyczynić się do marketingowego sukcesu książki, ale jednocześnie spowodować, że przeczyta ją wiele osób, które nie powinny, a ominą Ci, których naprawdę zaciekawiłoby to, co znajduje się pod efektowną okładką.