Słuchając któryś raz z rzędu piosenki „Grace" zespołu U2 w moim umyśle zasiało się ziarno, którego plon postanowiłam spróbować zebrać w tym eseju. Nie twierdzę, że rozumiem buddyzm i mam wrażenie, że osoba, która całe życie spędziła w Europie pewne rzeczy może sobie tylko wyobrazić.
Dotarłam do około 70 anglojęzycznych piosenek, w których pada słowo "karma" (w jej duchowym znaczeniu). Spośród nich wybrałam 3, które dla mnie stanowią kwintesencję zachodniego podejścia do kwestii karmy.
Wybrałam dwie piosenki, w których wg mnie widać światło, które, prócz piękna, rozświetla także brud w kątach, tą odrobinę prawdy o naszym położeniu. Są to „Karma Police" Radiohead i „Grace" U2. Oraz trzecią, mniej poważną, za to pełną znaczeń – „Little Wonder" Davida Bowiego.
Radiohead „Karma Police"
Policja ds. Karmy aresztuje tego mężczyznę
Mówi szyframi
Buczy jak lodówka
Jest jak rozstrojone radio
Policja ds. Karmy aresztuje tą dziewczynę
Jej fryzura a la Hitler
sprawia, że robi mi się niedobrze
Więc rozwalimy jej imprezę
Oto, co dostaniesz
Kiedy zadrzesz z nami
Policja ds. Karmy
Oddaję wszystko, co mogę
To za mało
Oddaję wszystko, co mogę
A my ciągle jesteśmy na liście płac
Oto, co dostaniesz
Kiedy zadrzesz z nami
I na minutę przed tym, zatracam się
Piosenka Radiohead jest jak thriller o mafii gnębiącej niewinnych ludzi. I trochę jak „Proces” Kafki.
To właśnie karma jest w niej przedstawiona jako tajna policja, jako grupa niefajnych kolesi, która przyszła, żeby powiedzieć ci, że nie pasujesz. Masz złą fryzurę. Buczysz jak radio. Popsujemy ci zabawę.
Zadrzeć z policją karmy jest więc niestety bardzo łatwo.
W kolejnych wersach sytuacja staje się coraz bardziej dramatyczna. Bohater liryczny reprezentuje jednocześnie dwie strony: Policję ds. karmy i "ofiary" karmy. Jest to dialog między policjantem a ściganym. To, co się nasuwa, to iluzoryczność tych ról. Ścigam siebie samego. Uciekam przed samym sobą.
Ścigana przez policję karmy osoba usiłuje spłacić dług w materialny sposób - oddaję wszystko, co mogę. Nie rozumiem, co jest nie tak? A oni ciągle są na wydruku. Kredyt karmy jest nie do spłacenia w typowy sposób. Czy Europejczyk w ogóle jest w stanie ponieść taki koszt? Bo ten koszt to oddanie swojego "ja". Mówi o tym ostatni wers „I na minutę przed tym, zatracam się.” Na minutę przed czym? Gdzie „to" jest?
„Ja” nieustannie zadaje pytania, chce wiedzieć dla samej wiedzy, dla iluzji kontroli nad sytuacją i nigdy nie pojmie nirwany, bo tam gdzie jest nirwana, nie ma już „ja". Czy takie rozpłynięcie się może być w ogóle przyjemne? I po co to robić, skoro nie będzie z tego żadnej wiedzy, żadnych wspomnień (ostatni przebłysk świadomości to minuta przed tym). Być może nigdy nie będzie odwrotu. Nie można bowiem wrócić do siebie, skoro nie ma już „ja”. Minuta do iluminacji. Żegnaj, „ja". Bohater wyraźnie mówi, że go to przeraża, jest to widoczne w dwuznaczności tekstu. Nie wiemy jak się zatracił. Może zatracił się w wyniku utraty świadomości podczas tortur tajnej policji? A może utracił "ja" właśnie w oświeceniu. Ta różnica jest kluczowa, nie wiemy, co się tak naprawdę wydarzyło.
Jedna z przypowieści buddyjskich opowiada o mędrcu, który rozdał wszystkie swoje rzeczy, został mu tylko kubek. Ale nawet ten kubek był przeszkodą w jego dalszej wędrówce duchowej, ograniczał go.
Wędrówka po świecie bez żadnych przedmiotów, bez auta, komórki, GPS, czasem nawet bez kluczy do domu, bo nie ma domu. Nie ma własnego schronienia, nie ma ulubionych książek, filmów, płyt, seriali, Internetu, ulubionych ubrań, zdjęć, ani żadnych innych poprawiaczy nastroju. Bez fryzury i makijażu. Rozmycie się, rozpłynięcie w świecie. Jestem tylko ja saute (ze świadomością, że to „ja" to również fikcja) i świat, też saute.
Ubóstwo w zachodnim świecie jest oznaką słabości, braku kontroli nad własnym życiem. Mimo, że chrześcijaństwo, które tworzy podwalinę wszelkiej myśli na naszym kontynencie, również oparło swoją doktrynę na założeniu „im masz mniej, tym masz więcej", jakoś ciężko wyobrazić sobie życie bez przedmiotów. W codziennym życiu ciężko funkcjonować bez tuzina dodatków, przedłużaczy „ja". Co więc takiego zaszło, że żyjemy w fetyszu przedmiotów? Że wolność wyrażana jest poprzez możliwości nabywcze? Brak czego rekompensujemy przedmiotami?
Sam Thom Yorke mówił, że piosenka opisuje sytuację niesmaku w stosunkach międzyludzkich, a prześmiewcza metafora buczącej lodówki dotyczy nieokreślonego niepokoju, jaki odczuwają ludzie pracujący w wielkich korporacjach.
W piosence „Karma Police” zawarta jest kwintesencja prowadzenia zachodniego rachunku duszy. Karma jest przedstawiona jako kat, który tylko czyha, żeby wymierzyć bezsensowną karę za nie wiadomo co, za to, że jestem sobą, że realizuję swoje "ja". Z tego rachunku jasno wynika, że życie duchowe się nie opłaca (bo można się zatracić - stracić poczucie kontroli nad swoim życiem, zostać nagim i bezradnym, a przez to wystawić się na śmieszność), więc nie warto go mieć. Wygodne, sterylne życie jest o wiele przyjemniejsze. Więc skąd ten dyskomfort?
Zupełnie odmienne oblicze karmy odnajdujemy w pięknej, kryształowo przejrzystej piosence U2 pt. „Grace”:
Łaska, ona przejmuje winy
Zmazuje wstyd
Usuwa plamę
Tak mogłaby mieć na imię
Łaska...
To imię dziewczyny
Ale pomyśl też o tym, że zmienia świat
I kiedy idzie ulicą
Możesz usłyszeć smyczki
Łaska znajduje we wszystkim dobro
Łaska idzie w taki sposób
Nie rampą ani nie po rysunkach kredą
Ma czas na rozmowę
Przemieszcza się ponad karmą, karmą
Przemieszcza się ponad .... karmą
Kiedy idzie do pracy, możesz usłyszeć smyczki
Łaska znajduje piękno we wszystkim
Łaska
Niesie świat na swoich barkach
Lampka szampana nie dla jej ust
Żadnych zakrętów ani pominięć pomiędzy czubkami jej palców
Przenosi perłę w idealnym stanie
Co kiedyś było zranione
Co kiedyś było zepsute
Co było naznaczone
Już nie dokucza
Bo Łaska wydobywa piękno
z brzydkich rzeczy
Łaska znajduje piękno we wszystkim
Piosenka Bono jest iluminacyjna. Łaska przemieszcza się ponad karmą. Jest to nawiązanie do pięknej strony kultury chrześcijańskiej, niosącej ulgę i nadzieję; dającej szansę nawet największym grzesznikom.
Piękna idea. Paradoksalnie jednak jej największa siła to też największa jej słabość, lub inaczej - człowiek jest zbyt mały, ciągle jeszcze do niej nie dorósł. Zbrodnia pozostaje bez kary. Za nic nie musisz płacić, wystarczy tylko że żałujesz. To jest podstawowa różnica tych dwóch systemów filozoficznych. Buddyzm i jego realne odkupienie win. Chrześcijaństwo i jego intelektualnie poniesione konsekwencje (żal i ewentualnie rozmowa z drugim człowiekiem - spowiedź).
Wiara w karmiczne rezultaty naszych myśli i działań - czyli przekonanie, że cały świat jest ze sobą powiązany (wg hinduizmu nawet nasz nastrój jest pierwiastkiem ogólnej kondycji świata), sprawia, że religie wschodu czynią człowieka współodpowiedzialnym za CAŁY świat. W chrześcijaństwie Łaska dźwiga świat na swoich barkach. Łaska, nieskończona miłość przelana na człowieka uskrzydla, bo wiemy, że błędy, które codziennie popełniamy, mogą nam zostać wybaczone. Łaska, czyli czynnik zewnętrzny. Nie człowiek, ale właśnie boska ingerencja jest odpowiedzialna za świat. Chrześcijaństwo to wielka religia, bo zakłada, że człowiek staje się lepszy od samej miłości, bo wierzy, że świat można uleczyć dając, w nieskończoność dając. Tymczasem historia zachodu okazuje się być jedną wielką czarną księgą. Jak w historii Viridiany Bunuela. Człowiek jest gotów brać (kraść) i liczyć na łaskę, ale jest zbyt małoduszny, żeby dostrzec konsekwencje. W buddyzmie nie ma łaski (jest przebaczenie, ale nie da się wymazać konsekwencji naszych działań), zadaniem człowieka jest przebaczać, a nie liczyć na wybaczenie. Jest to chyba bliższe naturze człowieka, chyba łatwiej być dobrym człowiekiem - buddystą niż dobrym człowiekiem - chrześcijaninem. Tylko dlatego, że buddyzm mniej nam wybacza i trudniej jest oszukiwać. Ale też życie bez przebaczenia i miłosierdzia wydaje się być nie do zniesienia.
Chrześcijaństwo, mimo piękna i wzniosłości idei, stało się religią panów i władców. Ponieważ był ktoś, kto cierpiał za nas - Jezus Chrystus. Nie zmieniło to jednak natury człowieka. Jezus Chrystus mógłby znowu cierpieć, umrzeć, zmartwychwstać. I tak do końca Zachodu.
Podwójna moralność rozdzielająca tydzień na 6 dni, w które mierzymy się ze światem i 7 dzień - kiedy człowiek ubabrany brudem całego tygodnia, zmienia się w istotę duchową. Daje to iluzję, że wszystko idzie zgodnie z boskim, a przy okazji, naszym planem. Chrześcijaństwo stało się więc narzędziem, które dało człowiekowi kontrolę, uwalniając go od konsekwencji/kredytu wobec świata. Oczywiście warunkiem dobrej spowiedzi jest zadośćuczynienie, ale na kartach naszej historii zadośćuczynienie okazuje się być napiwkiem, który zostawia się uciekając bez płacenia z restauracji. Związek Europejczyka z Bogiem to sadomasochistyczny romans. Europejczykowi wydaje się, że zawsze zostanie przyjęty z powrotem. To jest absurdalne. Ale być może tylko wiara w miłość i łaskę może nas uratować?
David Bowie, “Little Wonder
Śmierdząca pogoda, trzęsące się ręce Grubaska*
Głupawkowego* poranka Doktorku*, Zżędkowe* gnomy
Zastanów się, cudeńko
Ty - cudeńko, zastanów się
Wielkie ekranowe lale, cycki i eksplozje
Czas na Śpiocha*, Nieśmiałego* ale nagiego
Zastanów się, cudeńko
Ty - cudeńko, zastanów się
Chyba już rozumiem
Otwórz Galaktykę, wyobraź sobie że ja to ty
To wszystko jest w tabletkach, Kichaczu* Bhutanem
Nacja szczęśliwych* Marsjan siedzi mi na karmie
Damo medytacji, zabierz mnie stąd
Zastanów się, cudeńko
Ty - cudeńko, zastanów się
Wyślij mnie tak daleko, tak daleko stąd
tak daleko, tak daleko stąd (x 7, itd)
Magia i bezpretensjonalność piosenki Davida Bowiego opiera się na wieloznacznościach tekstu (choćby tytułowego Little Wonder oznaczającego „cudeńko" jak i „trochę pomyślunku"), i wszystkie znaczenia danego terminu są bardzo od siebie odległe, daje to możliwość wielu różnych interpretacji, ale też możliwość kompletnego poplątania się. W tekście, David Bowie użył imion wszystkich 7 krasnoludków (są zaznaczone w tekście gwiazdkami). Imiona te po polsku są dosyć jednoznaczne i karykaturalne, ale w języku angielskim funkcjonują również jako samodzielne przymiotniki. Zestawiając bajkowe i zdrobniałe imiona krasnoludków z przymiotnikami, od których pochodzą, pojawiają się pierwsze wieloznaczności tekstu (których moje tłumaczenie czasem nie oddaje): 1) Happy - Szczęśliwiec/ szczęśliwy, 2) Fat - Grubasek/ gruby, tłusty, 3) Dopey - Głuptas/ ogłupiały, odurzony narkotykami, 4) Doc - Doktorek, 5) Grumpy - Zrzędek/ gderliwy, 6) Sleepy - Śpioch/ senny, 7) Bashful - Nieśmiałek/ wstydliwy.
Zabieg ten kreuje w piosence dwa równoległe światy: świat, w którym żyją postaci z popularnej bajki oraz rzeczywistość, której doświadczamy na codzień. Światy te splatają się w jeden, pełen paradoksów i raczej niezbyt przyjazny. David Bowie zawarł w piosence trzy, klasyczne dla niego, motywy: 1) krytyka Ameryki, której prawdziwe życie przeniosło się na ekran - rzeczywistość jest dodatkiem do mediów; 2) motyw kosmity wyobcowanego wśród Ziemian (tego możemy domyślić się z teledysku z 1997 roku, w którym David Bowie w przebraniu kosmity podróżuje metrem, spotyka ludzi, kolekcjonuje różne przedmioty i ludzkie części ciała, z których kompiluje, w kanale metra, dziwny twór (syntezę współczesnej kultury, współczesnego człowieka?). Chociaż w tekście piosenki to właśnie Ziemianie nazwani są Marsjanami, ale jest to kwestia umowna, chodzi o alienację, o niemożność wzajemnego zrozumienia; 3) motyw zesłania wiąże się ściśle z poprzednimi dwoma motywami, ale w tym wypadku istotne jest to, że remedium na ten dziwny i splątany świat ludzi/Marsjan (ściśle utożsamiany z rzeczywistością telewizyjną) - jest ucieczka w medytację. Czyli ucieczka w siebie.
Pojawienie się w tekście 7 krasnoludków (z ich wieloznacznymi imionami), ekranowych lal, cycków, Marsjan i eksplozji sprawia, że tekst jest chaotyczny, ale z tego dziwnego chaosu wyłania się obraz podobny do wrażeń podczas skakania po kanałach telewizyjnych. Piosenka Davida Bowiego oddaje stan umysłu, jaki osiąga się po paru latach (a może nawet dłużej) skakania po kanałach i prowadzenia życia w tym klimacie. Otwórz Galaktykę, wyobraź sobie że ja to ty. To wszystko jest w tabletkach, Kichaczu Bhutanem. Melanż fikcji i faktów, którego schizofreniczny charakter podkreśla ów Buthan. Buthan to państwo w południowej Azji. Piękne, orientalne, buddyjskie. Ale może chodzić również o fonetycznie podobny butan, czyli gaz ziemny, który jest obecny w powietrzu wydychanym przez osoby cierpiące na schizofrenię. Prócz tego gaz butan (np. taki z zapalniczki) ma właściwości odurzające.
W ostatecznym rozrachunku wszystko staje się równie prawdziwe, co bajka „O Śpiącej Królewnie i 7 krasnoludkach”, nie ma już dokumentalnej prawdy, jest tylko koktajl, w którym pewien procent stanowi rzeczywistość, ale nie wiadomo jaki i który.
Nacja szczęśliwych Marsjan siedzi mi na karmie. W jaki sposób Marsjanie mogą siedzieć na tej karmie? Może np. płacąc podatki podmiot liryczny obawia się, że nakręca przerażającą go machinę absurdu? Może relacje społeczne wymuszają sytuacje, w których podmiot nie ma ochoty uczestniczyć? Każdy może sam się domyślać, w jaki sposób szczęśliwi Marsjanie przygnietli, niczym kapelusz na krześle, karmę podmiotu mówiącego. Buddyzm zaznacza jednak, że nie ma co obwiniać innych o swoją karmę. Okoliczności nikogo nie tłumaczą i nie można się wywyższać nawet nad kimś bardzo złym i głupim, tylko należy mu współczuć; tak samo z resztą jest w chrześcijaństwie).
Podmiot liryczny prosi Damę Medytacji o zabranie go stamtąd. Wierzy więc, że jedynie ucieczka we własny umysł może go uratować. Pojawi się ktoś, kto zabierze go so far away w głąb siebie. I znowu ta Dama Medytacji to ktoś lub coś, kto przyjdzie do nas i nas uratuje. Niczym Łaska.
We wszystkich trzech piosenkach to właśnie zewnętrzna siła narzuca, dobrowolnie ofiarowuje lub jest w mocy ofiarować nam oświecenie. Człowiek sprawuje kontrolę, którą bardzo chciałby choć na chwilę utracić, doznać olśnienia, ale nie potrafi zrzec się tej namiastki władzy nad światem, wiary, że „ja" istnieje i naprawdę coś znaczy. Wierzy, że przyjdzie ktoś lub coś, co go odmieni, uwolni od siebie i świata. Właściwie słowo karma jest ładnym ornamentem w tych tekstach, nie wpływa jednak na rozumienie świata w zachodni sposób. W buddyzmie natomiast większy nacisk kładzie się na wewnętrzne przemiany, na ścieżkę duchową i wyrzeczenie się prób dostosowywania świata do własnych ambicji. Pogodzenie się z brakiem kontroli.
Wyłania się z tego tylko jedna konkluzja - jednakowa dla obu religii. Człowiek dostał w drodze ewolucji (czy też od Boga), rozwinięty mózg, pamięć, świadomość, ale nie dostał odpowiednich bezpieczników na swoje możliwości poznawcze.
I tylko wiara potrafiła pomieścić to przerażenie światem, przerażenie na wagę szaleństwa.
Urszula Orłowska, rocznik 1980, absolwentka Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz Instytutu Sztuk Audiowizualnych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Matka. Mężatka. Przyjaciółka kota Maurycego. Mieszka nad wielkim błękitem.