FATALISTA
strona główna arrow numer 01/2007 arrow Mirella Siedlaczek - Lepiej kupić bilet do teatru
Mirella Siedlaczek - Lepiej kupić bilet do teatru pdf  | drukuj |  email

O autorze Oskara i Pani Róży słyszeliśmy wiele, najpierw jego pierwszą książkę reklamowano jako nowego Małego Księcia, później na listy bestsellerów trafił również , wydaje się, że w dużej mierze siłą rozpędu Pan Ibrahim i kwiat Koranu. Pisma kobiece z wysokiej półki celowały w entuzjastycznych recenzjach, tak jakby miała nastąpić detronizacja Paolo Coelho.

Wyznać mi wypada, że na urok i talent obydwu pisarzy pozostawałam idealnie głucha. Mój brak entuzjazmu mógłby oznaczać, że tekst, który właśnie czytacie będzie przykładem chlastania Bogu ducha winnego autora, typowym kręceniem nosem krytyka, który to jak podejrzewa pewnie większość pisarzy jest stworzeniem z definicji źle usposobionym i w głębi duszy pozostaje niespełnionym pisarzem. Jednak ten tekst będzie stanowił próbę refleksji nad problemem innego rodzaju – otóż chcę postawić tezę niezbyt oryginalną lecz w przypadku Małe zbrodnie małżeńskie narzucającą się niemal od razu – o sile marketingu i wąskiej granicy między tekstem ważnym a zaledwie poprawnym, choć przecież oba traktują o tym samym.

W zamierzchłej licealnej przeszłości zdarzyło mi się widzieć przedstawienie Za zamkniętymidrzwiami według słynnej sztuki Jean- Paula Sartre’a. Jako nastolatka byłam szczerze poruszona pesymistyczną wizją stosunków międzyludzkich jako piekła. Schmitt proponuje nam sztukę o podobnej tematyce – skomplikowanych bolesnych stosunkach międzyludzkich, mieszczącą się gdzieś pomiędzy dramatem Sartre’a a pełnymi ironii sztukami komediowymi czy farsami angielskich autorów, z tendencją do tych drugich.

Początek jest nader zachęcający – Gilles wraca ze szpitala z objawami amnezji, jednak w zachowaniu żony wyczuwa nutę rezerwy, chce więc dotrzeć do źródeł ewentualnego konfliktu. To, czego się dowiaduje składa się na niezbyt pozytywny obraz jego osoby jako zadufanego w sobie pisarza cieszących się niewielkim uznaniem powieści kryminalnych, z których jedna, jego ulubiona a znienawidzona przez Lisę, nosi tytuł Małe zbrodnie małżeńskie. Sceny, których jesteśmy świadkami oscylują wokół mało błyskotliwego pomysłu z amnezją, na szczęście sztukę ratują bezustanne zwroty akcji, które stanowią największy walor tekstu. Jeśli bowiem zadać pytanie, co poza głównym konceptem, którego recenzentowi rzecz jasna nie wolno zdradzać, zostaje z lektury dramatu, to trudno wskazać na choć jedną istotną treść, która nie zostałaby już wcześniej wyartykułowana. Opakowanie – intrygujący tytuł autora opromienionego aurą mądrości wydany przez poważne wydawnictwo sugeruje tytuł z najwyższej półki, niestety w tym przypadku otrzymaliśmy jedynie produkt marketingowy wyśmienicie nadający się do działu recenzji pism kobiecych lub tygodników opinii, gdzie liczy się, żeby było szokująco (oczywiście w wydaniu mieszczańskim) lub przyjemnie intelektualnie – tym razem patrz to drugie.

Wyobrażam sobie, że można z przyjemnością zasiąść w miękkim teatralnym fotelu i miło, inteligentnie spędzić czas oglądając na scenie znanych aktorów, którzy wydobywają z dramatu to, co najlepsze. Przedstawienie zagościło zresztą na deskach warszawskich teatrów, jednak materiału do analizy i przemyśleń brakuje, bo choć Gillesa trudno polubić a i Lisa okazuje się nie bez winy to sceny z życia małżeńskiego, które to z racji tytułu podszywają się pod poważną dziewiętnastowieczną powieść, to rozrywka z pretensjami. Gilles wygłasza kabotyńskie zdania, wypisz wymaluj ilustracji teorii „mężczyźni są z Marsa, kobiety – z Wenus”: Mężczyźni to tchórze, nie chcą widzieć problemów, chcą wierzyć, że wszystko jest dobrze. Kobiety nie odwracają głowy (...) Kobiety stawiają czoło problemom, ale najczęściej myślą, że to one same stanowią problem, że spadek napięcia w związku wiąże się ze spadkiem ich atrakcyjności, czują się odpowiedzialne, winne, sprowadzają wszystko dosiebie. (s. 92 –93).

Należy żywić nadzieję, że powyższe zdania wygłoszone robią bardziej pozytywne wrażenie i znika ich łopatologiczne psychologizowanie, gdyż nie mogę oprzeć się postawieniu hipotezy, że Gilles przemawia (o zgrozo!) głosem samego autora. Jest to jeden z nielicznych przypadków w których lepiej więc kupić bilet na przedstawienie niż nabyć książeczkę.

Eric - Emmanuel Schmitt, Małe zbrodnie małżeńskie, Kraków 2005

 

 

 

Mirella Siedlaczek- ur. 1980 r., absolwentka polonistyki w ramach MISH-u, pracuje w szkole, uwielbia jamniki.