strona główna
numer 01/2007
Mirella Siedlaczek - Nikt z rodziny, czyli kryminał i coś więcej
numer 01/2007
Mirella Siedlaczek - Nikt z rodziny, czyli kryminał i coś więcej | Mirella Siedlaczek - Nikt z rodziny, czyli kryminał i coś więcej | | drukuj | |
|
Nikt z rodziny nie mógł tego zrobić, to rzecz oczywista, któż mógłby być zdolny do zamordowania ciotki Marty, tuż po pogrzebie jej brata, nestora rodziny - ojca, stryja czy dziadka sławnego profesora Stanisława Hofmana. A jednak. Stało się, w dodatku, jak przystało na porządny kryminał wszyscy są podejrzani. Czy lubią państwo czytać kryminały? Ja bardzo, nie tylko na plaży podczas wakacyjnego lenistwa. Także w długie, ponure wieczory, czy nawet pochmurne poranki. Napisać prawdziwy kryminał to wielka sztuka, trzeba drobiazgowo obmyślić fabułę, żaden element nie może być przypadkowy, trzeba kusić czytelnika wskazówkami jednocześnie odwlekając w czasie moment rozwiązania, w którym detektyw, inspektor policji, wścibska starsza pani ma już w ręku wszystkie nitki prowadzące do mordercy, któremu, mało brakowało udałoby się uciec sprawiedliwości. Niby to wszystko znane, ale jednak dobry kryminał tynfa wart. A gdy jeszcze autor proponuje coś więcej...
Z taką sytuacją spotykamy się w odniesieniu do powieści Arkadiusza Pacholskiego Nikt z rodziny. Wielbiciele powieści kryminalnych będą usatysfakcjonowani czytając ten pastisz skonstruowany zgodnie z wymogami gatunku. Czytelnicy oczekujący na polską powieść współczesną również pochłoną książkę jednym tchem, gdyż rzadko spotyka się tak udany mariaż literatury popularnej z jej bardziej ambitną siostrą. Pacholski, do tej pory znany jako autor wyróżnionego nagrodą Kościelskich tomu opowiadań, proponuje pierwszy tom Kronik polskich, całe przedsięwzięcie pisarskie jest obliczone na 7 tomów. Następna część cyklu ma nosić tytuł Człowiek o stu twarzach, co budzi u bibliofila przyjemne drżenie. Nikt z rodziny to przykład dobrze napisanej prozy, w której każdy element nie tylko składa się na przejrzystą układankę lecz przyciąga czytelnika opisem bliskiej przeszłości, dokładniej – roku 1992. Z perspektywy trzynastu lat możemy nie pamiętać, czym wyróżniał się ten rok, Pacholski akcję powieści umieścił w czerwcu, gdy atmosferę życia społecznego podgrzewała spawa teczek a na szczytach władzy toczyła się walka o kształt polityki i przejęcie steru nad państwem. Autor zręcznie wplata elementy polityki do życia rodzinnego Hofmanów – czyniąc z braci antagonistów także politycznych. Czytelnik łatwo orientuje się po czyjej stronie w sporze ideologicznym stoi sympatia autora. Pacholski ośmiesza zachowanie Tomasza, który demonstruje wiarę z gorliwością neofity. Autor kamufluje osoby i tytuły prasowe w taki sposób, że łatwo się domyślić kogo dotyczą, w tle pokazuje zarówno wspinanie się po szczeblach kariery, jak i podkładanie świni, konserwatystów, którzy wszędzie wietrzą nie tylko czerwonych lecz również różowych, liberalnych biskupów i i znacznie mniej postępowych księży. Historia Polski XX wieku wraz z jej zakrętami odbije się na historii rodziny, głęboko ukrywane sekrety wyjdą na jaw, a chęć powstrzymania ich ujawnienia będzie motywem zabójstwa. Jednak mordercy nie uda się zatrzeć prawdy, wieloletnie zapiski zmarłego zostaną w końcu upublicznione i po raz kolejny okaże się, że podejrzenie o żydowskie korzenie ma nadal niezwykłą siłę rażenia. Wszystko zaczyna się od jednego, powtarzanego z mocą kłamstwa. Jak mówi detektyw (jak można się spodziewać – jedyny sprawiedliwy, postać niestereotypowego inspektora stała się już wymogiem i tak bohater Pacholskiego jest koneserem literatury i kuchni): „Bo o co w końcu tak naprawdę chodziło w tej naszej sprawie? O próbę pogrzebania pamięci. Co jeszcze dziwniejsze i bardziej godne ubolewania, tej żałosnej próby dopuściły się osoby inteligentne, wykształcone, które dobrze wiedza, ze historia nie zna przypadku trwałej cywilizacji zbudowanej na fundamentach fałszu. I oto niektóre z tych osób uwierzyły, że pamięć można bez większego wysiłku, tak po prostu, za pomocą arbitralnej decyzji, ukatrupić, a następnie na zawsze pogrzebać pod stosem kłamstw, półprawd i przemilczeń. (s. 410). Nikt nie okaże się niewinny, każdy, może poza narratorem, choć spędzenie nocy z młodziutką kuzynką nie stawia go w najlepszym świetle, ma coś do ukrycia. Rozwiązanie nie jest może bardzo zaskakujące, po prostu mordercą okazuje się być osoba, której nikt nie bierze pod uwagę i lekceważy. Z wielką nadzieją czekam na następne tomy cyklu, zastanawiam się, jaki gatunek będą tym razem reprezentowały. Marzyłby mi się cykl, w którym każdy z tomów byłby pastiszem innego gatunku. Dodam jeszcze, że autor popełnił błąd rzeczowy, gdyż jak wykazał na łamach Polityki a wcześniej Lampy Paweł Dunin – Wąsowicz autor pomylił się każąc jednemu z bohaterów korzystać z telefonu komórkowego na podkaliskiej wsi w czerwcu ‘92 podczas gdy było to możliwe kilka miesięcy później początkowo jedynie w większych miastach. Czy jednak czytelnik musi szukać w powieści zwierciadła przechadzającego się po gościńcu? Wydaje się, że w przypadku tak krwistej fabuły może pójść na pewne ustępstwa. Arkadiusz Pacholski, Nikt z rodziny, Poznań 2005 |

