strona główna
numer 02/2008
Wojciech Beśka - New york I love You, but don't bringing me down
numer 02/2008
Wojciech Beśka - New york I love You, but don't bringing me down | Wojciech Beśka - New york I love You, but don't bringing me down | | drukuj | |
|
Miasto, które cierpi na bezsenność, miasto upojne, miasto dysonans. Miasto które jest oazą współczesnej sztuki, miasto ferment. Miasto w którego psychodelicznych światłach chcą przeglądać się wszyscy spragnieni doznań młodzi ludzie, miasto w którego duszy gra Velvet Underground, Patti Smith, Lou Reed, Ramones, Sonic Youth, The Strokes, Interpol, Rapture, Yeah Yeah Yeahs, Radio 4 i inni, miasto gdzie każdy rodzaj muzyki ma swoją dzielnicę i swój klub…
Nie da się przecenić roli, jaką w historii niezależnej, ambitnej i poszukującej muzyki odegrał Nowy York. To miejsce jest w równym stopniu zasłużone dla punka, nowej fali, hip-hopu, psychodelii, czy szeroko pojętego alternatywnego grania. Mijają lata, a o Nowym Yorku nadal nie można zapomnieć. To tutaj na początku XXI wieku zrodziły się takie twory, jak disco-punk, czy new weird america. Każda muzyczna redakcja, która pod koniec roku nie zerka w stronę Nowego Yorku jest prędzej, czy później oskarżana o muzycznego zeza. „Fatalista” nie ma kłopotów ani ze wzrokiem, ani ze słuchem, więc słyszy dokładnie co się dzieje w NYC. I doprawdy, moglibyśmy długo pisać o świetnym albumie LCD Soundsystem i kapitalnym utworze New york I love You, But You're Bringing Me Down (esencja Nowego Yorku?), moglibyśmy rozpisywać się o świetnym albumie Thurstona Moora, lidera Sonic Youth, wystosować esej o bardziej rozchmurzonej płycie Interpola, zastanowić się nad źródłem szaleństwa zwariowanych freaków z Animal Collective, pospierać się z posępnymi intelektualistami z tria Calla, czy wziąć na tapetę The Walkman… I chociaż wszyscy wyżej wymienieni nagrali w 2007 roku świetne albumy, my zaryzykujemy krótką dyskusję z zupełnie innym bandem. Nowojorską żółtą taksówką udamy się na Brooklyn, tam czeka na nas Boxer i kilku Narodowców. The Nationa - Boxer. Początek albumu czaruje i zniewala. Gdyby wszystkie piosenki miały tyle uroku, co otwierający Fake Empire mielibyśmy płytę, z którą trudno się rozstać. Ten poetycki, pełen zadumy utwór zbudowany jest na bazie wciągającego fortepianowego motywu, od którego niezwykle trudno się uwolnić. „Jesteśmy w połowie drogi do oszukanego królestwa...” - śpiewa Matt Berninger. Jesteśmy na początku drogi do najlepszego albumu roku? Kolejny utwór zaczyna się znakomicie, transowym, brudnym, przesterowanym riffem i doprawdy takiego początku może pozazdrościć im sam Interpol. Mistaken For Strangers to jeden z kandydatów do alternatywnej piosenki roku. Porównania do Joy Division oczywiście sobie darujemy. Matt Berninger, facet po przejściach, ma niezwykły dar do kreowania refleksyjnego, jesiennego klimatu- oraz nieskazitelne wyczucie nowojorskiej zimno- falowej wrażliwości, natomiast muzycy The National przepełnieni są perfekcyjnie kameralną melancholią. Bogate brzmieniowo i kolorystycznie aranżacje na smyczki i sekcję dętą sprawiają, że płyta jest niezwykle wysmakowana i przepełniona niesamowitym klimatem. Trzeci kawałek Brainy broni się jeszcze świetnym rytmem, ale następne Squalor Victoria i Green Gloves zaczynają wpadać trochę w rozlazłą, balladową manierę. I niestety tak jest, aż do przepięknego Start a war. „Oczekujemy czegoś więcej, czegoś lepszego od przedtem” - śpiewa wokalista The National i trudno się z nim nie zgodzić, oczekiwania wobec The National ciągle rosną. Dalej mamy posępnie poetyckie Racing like pro z gościnnym udziałem Sufjana Stevensa. Legendarny songwriter pojawia się też w następnej balladzie Ada, a jego pianino brzmi prawie tak cudownie jak na jego płycie Illinois. Wygląda też na to, że wizyta zacnego gościa wpłynęła bardzo mobilizująco na chłopaków z Brooklynu, bo na płycie słychać niezwykłą dbałość o każdy dźwięk. Kończący płytę Gospel jest cichutko elegancki i bardzo grzeczny- odrobinę za grzeczny. I za bardzo tęskny... I gdyby dwa lata wcześniej The National nie nagrali świetnego Alligatora, słuchacze również nie mieli by za bardzo za czym tęsknić. Boxer to jeden z lepszych albumów 2007 roku, ale poziom melancholii zawarty na krążku sprawia, że czasami nie jeden słuchacz ma ochotę zdrowo potrząsnąć Mattem Berningerem: „Jeśli nie chcesz swojej zguby, Alligatora wróć nam luby !” Bo to właśnie na tamtej płycie szalony „Pan Listopad” „szukał astronautów”, „tam piliśmy wino, bo każde wino było dla nas”, „tam Bóg był po naszej stronie” i „z naszym umysłem było coś nie tak”, albo „po raz kolejny coś straciliśmy”. Brakuje płycie Boxer trochę radości i spontanicznego szaleństwa poprzedniczki. Brakuje błyskotliwych i zapadających w pamięć tekstów jak: “All the most important people in New York are nineteen…” I prawdopodobnie wszyscy którzy „podnieśli rękawice”, wiedzą, że jest to jedyny słaby punkt „Boksera”... The National, Boxer, Wielka Brytania 2007 Wojtek Beśka, ukończył filologię polską z wynikiem. Współpracuje z gazetą Głosik (od stycznia Link Polska) - pierwszym polskim magazynem w Irlandii Północnej. Lubi kanadyjską muzykę spod znaku arts&crafts. Fotografuje wołki zbożowe, jeździ maluchem 126p w kolorze nowojorskich taksówek. |

