FATALISTA
strona główna arrow numer 02/2008 arrow Marta Dzido - Kaganiec (powieść w odcinkach)
Marta Dzido - Kaganiec (powieść w odcinkach) pdf  | drukuj |  email

LAST MINYT

 

Więc pojechaliśmy na to last minyt. Pierwsze wakacje zagraniczne od nie wiadomo kiedy, lotem tanich linii lotniczych opóźnionym o dwie i pół godziny. Ja i Eliza. Walizka na kółkach. Krem z filtrem. Przed opalaniem i po opalaniu. Złotówki wymienione na euro.
Wydanie kieszonkowe Michela Houellebecqua. Dla niej. Odtwarzacz mp3. 4 giga. Dla mnie. Klapki. Dwie pary. Aparat cyfrowy canon powershot. 8 megapikseli.
Zakwaterowanie w hotelu trzygwiazdkowym. Śniadania kontynentalne w formie bufetu oraz obiado- kolacje serwowane do stolika.
Chmury widziane z góry.
Instrukcja obsługi maski tlenowej w razie niebezpieczeństwa.
Posiłek w trakcie lotu w postaci dwóch kanapek o tekturowym smaku.
Widok z okna pokoju hotelowego na inne okna w tym samym hotelu.
Telewizja kablowa. 124 kanały do wyboru. Żaluzje na pilota.

 

Morze było śródziemne i ciepłe, plaża piaszczysta, chociaż w wielu miejscach kamieni sporo, a w niektórych nawet same kamienie. Ale nie tam gdzie turyści.

 

Dla turystów specjalnie wysypano piasek, dla nich go grabiono co rano i wyjmowano z niego kawałki szkła, niedopałki, kapsle i inne. Śmiecie od turystów zagranicznych dla pracowników hotelowych. Mieliśmy klucz od pokoju numer 113 i ten sam numer mieliśmy przy kluczyku od przebieralni- drewnianego baraku postawionego przy wejściu na plażę, żeby tam się przebrać, za zamkniętymi drzwiami, żeby nikt mojej gołej dupy nie zobaczył. Żeby niczyich uczuć nie urazić, nie obrazić, uszanować, i żeby przypadkiem jakieś dziecko niewinne kawałka nagiego ciała nieocenzurowanego nie ujrzało, ani tym bardziej cycka Elizy, bo to później na całym jego życiu zaważyć może, i będzie się biedak ze swymi zboczeniami musiał zmagać. Albo wyrośnie na jakiegoś zdemoralizowanego pedała. Czy innego.
Dlatego przebieralnie były. Obowiązkowe.

 

Ten sam numerek, co do pokoju i do przebieralni wyznaczał nam dwa leżaki, też z numerkiem 113 a nad leżakami były parasolki dwie. Ale ja tej parasolki nie chciałem, próbowałem ją złożyć, ale się nie chciała, podszedłem do kobiety, która wyglądała na taką, co odpowiada za ten kawałek plaży i pilnuje, żeby nikt się nikomu na jego leżaku nie położył przez pomyłkę i powiedziałem : ombrello, no ombrello.
Ona spojrzała nie rozumiejąc, więc pokazałem: no ombrello, a ona z uśmiechem- you have to.
A ja na to- I don't want.
A ona nie zdejmując uśmiechu: you have to…

 

Jesteś zły? Coś się stało?- zapytała Eliza rozkładając się na leżaku.

 

W hotelowej restauracji podawano roladki z surowej polędwicy z melonem cantalupe, rukolą i octem balsamicznym, soute z muli, sałatkę z ośmiornicy na liściach bratków jadalnych, risotto z truflami, ravioli nadziewane fois gras i podawane w sosie z diabła morskiego, tagliatelle z cukinią i krewetkami w sosie śmietanowym, polędwicę wołową w sosie z wina Barolo, Doradę lub Spigolę owiniętą w liście winogron z ryżem.

 

Kiedy weszliśmy zblazowany kelner siedział przy stoliku. Zapytaliśmy, czy można zjeść coś wegetariańskiego, a on nie wstając z krzesła odpowiedział łamaną angielszczyzną, że tutaj jedzenie jest drogie.
I wymownie na nas spojrzał.

 

Jak się okazało za posiłki oczywiście trzeba było płacić osobno. I rzeczywiście tanie nie były.

 

Oczywiście było również czerwone i białe wino, a także soki, woda mineralna, herbata i kawa. I różnego rodzaju desery.
Oczywiście oprócz wody stać nas było tylko na kawę.

 

Piliśmy kawę rano, po południu, a wieczorem wino z kartonu, kupione z dala od hotelowo- turystycznej części miasteczka.
Dni spędzaliśmy na leżakach z numerkiem 113, obowiązkowo pod parasolkami, których nie udawało mi się złożyć. Ni chuja.
Eliza wsmarowywała w siebie litry kremu, żeby się nie spalić i nie zestarzeć od tego słońca.

 

Dlaczego jesteś zły? Nie cieszysz się z naszych wakacji? Nie podoba ci się tu?

 

Biali ludzie, grubi i znużeni opędzali się od ludzi czarnych, szczupłych przemierzających plażę w jedną i w drugą stronę, sprzedających ze jeden euro koraliki, błyskotki, bransoletki i wisiorki. W czterdziestostopniowym upale. Czarni ludzie białym ludziom z wdzięcznością za kolonizację ich ziemi, z wdzięcznością za niewolnictwo, za trzeci świat, którego nie byłoby gdyby nie biały najeźdźca imitujący boga, przyjmowany z radością...

 

Czarni ludzie na ogrodzonych plażach hotelowych, między ponumerowanymi leżakami, z których każdy jest przyporządkowany numerowi pokoju hotelowego, między parasolkami, na pozamiatanym równo piasku krążą między białymi grubymi pośladkami, którym już nawet najdroższa antycelulitisowa kuracja nie pomoże, między brzuchami wyhodowanymi na grillu i piwie, krążą jak wyrzut sumienia.

 

Albo raczej wrzut sumienia. Wrzód sumienia.

 

Czarni ludzie- przenośne ministragany, którym można tylko odpowiedzieć no gracja- z łamanym włoskim akcentem albo schować się za ciemnymi okularami i zamknąć oczy.
Duchy, o których się milczy, niechciani imigranci, dla imigrantów nie ma pracy, tylko psują nam widok na morze, tylko zasłaniają fale, nękają, powinni im zakazać wstępu na plażę.
Plaża powinna być bardziej ogrodzona, żeby biały człowiek mógł się spokojnie opalić, to nie moja wina, że on ma takie życie, a ja takie, ja kolonizacji nie przeprowadzałem…..

 

Kochany, mógłbyś posmarować mi plecy- mówi Eliza i przekręca się na brzuch zasłaniając jedną ręka piersi, żeby przypadkiem nie wyślizgnęły się ze stanika, bo przecież naga pierś, o boże, nie wypada, to nie jest plaża nudystów, czy naturystów, jak to się mówi, to jest plaża dla normalnych ludzi….

 

Plażę powinno się otoczyć betonowym murem, dźwiękoszczelnym najlepiej, żeby biały człowiek mógł się spokojnie opalić na złoty brąz, a czarni ludzie niech sobie te koraliki gdzie indziej sprzedają, niech je sprzedają u siebie, w swoim własnym Sudanie, czy jakimś innym Mozambiku. Więc dlaczego na wakacjach mam znosić…

 


Dlaczego jesteś zły?

 

Nie jestem..
Nie słuchasz mnie…
Słucham..
Mówiłam, że chciałabym sobie kupić taką bransoletę na nogę… tylko za jeden euro…
Kup sobie, jak chcesz..

 

Rasizmu nie ma. Niewolnictwa nie ma. Nie ma segregacji rasowej. Jesteśmy otwarci, tolerancyjni, ciekawi innych kultur, z wielką chęcią kupimy od ciemnoskórego pana bransoletę na nogę, którą malował nocą mały mieszkaniec Bangladeszu.

 

Będzie dla nas ogromną przyjemnością pojawić się na organizowanym dziś wieczorze afrykańskim, uwielbiamy taką właśnie cepelię kulturową i tych murzynów grających na bębenkach. Z dredami, które nam też mogą zapleśc. Tłenti fajw juro, ołkej? I bębenek tez możemy sobie kupić, drewniany i ze skóry kozła. Ręczna robota. Na taki bębenek mówi się bongos. Podobno rasizmu już nie ma, ani niewolnictwa, ani segregacji rasowej.

 

Idę się kąpać, idziesz ze mną?

 

Pod betonem jest plaża. Raczej na odwrót. Pod plażą jest beton.
Martwi mnie to, myślałem, że jest inaczej, nie wiedziałam, że plażę można kupić i ogrodzić, i że można zabronić na niej przebywania innym, nie wiedziałem…. co ja na to poradzę…
Chciałem wakacji podczas których nie będę myślał.

 

Nikt oprócz białych ludzi nie opala się na plaży, nie odpoczywa. Wszyscy o innym odcieniu skóry proponują coś do sprzedania.

 

Jeszcze ci nie minęło? Jeszcze jesteś zły?
Nie jestem zły.
Jesteś. Nie odzywasz się, pstrykasz palcami… Nie cieszysz się, że tu przyjechaliśmy?
Cieszę.
Ale machasz cały czas stopą… i nie odzywasz się do mnie.
Bo się opalam.
Ale możesz chyba się opalać i jednocześnie być miły.
Ale ja nie chce być kurwa miły, ja nie jestem miły rozumiesz? NIE JESTEM MIŁY..
Wszystko tylko byś psuł. Wszystko.. O co ci chodzi? Znów coś paliłeś? A może to dlatego, że NIE paliłeś....

 

Uno masadżjo, uno masadżjo- krzyczy do nas mała Azjatka.
No masadżjo- odpowiadam.

 

Jesteś beznadziejny- mówi Eliza, wstaje, otrzepuje się z piasku, pakuje do torebki kieszonkowe wydanie Michela Houellebecqua- jesteś beznadziejny, wracam do hotelu.

 

Żaluzje na pilota. Bransoleta za jeden euro na nodze, plastry z woskiem do depilacji na półce obok mojej szczoteczki do zębów. Miniaturowe mydełko. Krem pod oczy na noc. Klimatyzacja.
Bezustanne poczucie pomyłki.

 

Wiesz co, bo ja bym chciała takie warkoczyki, jak ta murzynka plecie, widziałeś ją, siedzi pod drzewem, cały dzień tam siedzi i plecie- no i wiesz, co myślisz, bo to 30 euro w sumie, ale ja bym chciała, jak bym wyglądała? ...Ona najpierw plecie z włosów, a później dorabia z czegoś innego, żeby długie były... Co myślisz? Co nic nie mówisz?
Nie wiem, zrób sobie jak chcesz...
Ale nie możesz mi powiedzieć?
Przecież mówię...
Dlaczego ty taki jesteś? O co ci chodzi?

 

Sto dwadzieścia cztery kanały do wyboru. Dziesięć dni urlopu. Jej łzy w oczach.

 

Była młodsza ode mnie o jakieś osiem lat. Osiemdziesiąty drugi. Lipiec. Życie prenatalne naznaczone stanem wojennym, jej matka, widząca na ulicach czołgi i ojciec, który jeszcze nie wrócił. Strach wpuszczony przez pępowinę do krwiobiegu. Nieustający niepokój- nawet po alkoholu, nawet po seksie. Zakodowane pragnienie bycia jeszcze w brzuchu, niewychodzenia, konformizm za cenę spokoju wewnętrznego- bądź miła a inni też będą mili, zawsze mów grzecznie dziękuję i dzień dobry, nawet jak masz inne zdanie, to zachowaj je dla siebie. Nawet gdybyś miała później niesmak, nawet gdybyś miała się wyrzygać to podziękuj.
Kaganiec nałożony jeszcze przed poczęciem.
Więc była miła, grzeczna, nie robiła przykrości, ustępowała miejsca w autobusie, zawsze starała się wszystko posprzątać przed zaśnięciem. Bo nie można spać w bałaganie. Nie chciała, żebym patrzył, jak mi ssie, wstydziła się. Zdarzało się, ze udawała orgazm. Nie wiedziała, że wiem. Ale wiedziałem. Wiedziałem tez, że robi to, żebym nie czuł się źle. Ale dzięki temu czułem się jeszcze gorzej.
Współczuła biednym dzieciom, ale kiedy widziała na ulicy jak dwumetrowy bydlak szarpie swojego kilkuletniego syna, to odwracała głowę, szepcząc- jakie to straszne. I szła do domu. Wzorowa uczennica, której nie dziwiło, ze czarni ludzi białym ludziom wciskają koraliki za dwa euro, która nie zauważyła, że turyści są biali, a pracownicy, uliczni handlarze i służący są czarni, i że ta granica jest nieprzekraczalna, tutaj na naszym wyczekiwanym od listopada ubiegłego roku last minyt. Przecież u Sienkiewicza w jego W pustyni i w puszczy też tak było, ze czarni od razu służyli Stasiowi i Nel, oni są stworzeni do służenia, to leży w ich naturze, podobno wszyscy ludzie wywodzą się od małp, ale oni chyba bardziej niż my.....

 

Wyszedłem. Chciałem napić się piwa, ale kelner z restauracji hotelowej uświadomił mi z nienagannie uprzejmym wyrazem twarzy, że wieczorem się w strojach plażowych nie przychodzi, to znaczy w klapkach, wiec włóczyłem sie bez celu po zastawionej samochodami ulicy. Minąłem hotele: Santa Lucia, Villagio Green Garden, Bella Italia, Condominio Torre del Sole, Marco Polo i jeszcze jakieś inne chujostwa. Zanim doszedłem do plaży. Która była zamknięta.
Miałem ochotę się napić. Napić i upić. Ale to wszystko tak mnie dołowało, że nie byłbym w stanie. Poza tym ona chyba czekała. Nawet nie chyba. Na pewno.
Zawsze czekała. Odkąd byliśmy razem, czyli od ponad roku. Pytała: gdzie jesteś, gdzie byłeś, kiedy wrócisz? Za ile? Wszystko w porządku? Jak się czujesz? Smakowało ci?
Z każdym kolejnym wspólnie spędzonym dniem stawała się coraz bardziej mamą. Moją mamą.

 

Kobieta, z którą spędziłem kilkanaście miesięcy i która teraz nagle tutaj zaczęła wydawać mi się obca. Ona na tle turystów, wylegujących swoje kilogramy tłuszczu pod parasolkami, ona targująca się z uchodźcami z Afryki, koczującymi na kawałkach kartonów, ona trzymająca aparat i mówiąca: uśmiechnij się. Bardziej się uśmiechnij.

 

Cześć, jestem Eliza, miło mi.
Była dziewczyną mojego kolegi- Mariusza. Studiowała kulturoznawstwo. Ja spotykałem się wtedy z Moniką. Nic poważnego. Nic zobowiązującego. Przynajmniej dla mnie.
Impreza trzydziestolatków. Jak wszystkie inne. Piwo, wino, wódka, dżojnty. Koreczki. Sałatka z makaronem. Czipsy cebulowe. Śmierdzące.
I ona- taka świeża i tak niepasująca do reszty. W niebieskiej sukience z guzikami, rozpinanej z przodu.

 

Jej chłopak Mariusz zniknął. Próbowałem ją zabawić rozmową. Było zbyt głośno. Grały przeboje sprzed dziesięciu, piętnastu lat. Michael Jackson, Technotronic, Doctor Alban. Żebyśmy mogli poczuć się młodo.

 

Agnieszka, lat 31- kierownik ds. mediów i reklamy w jednej z prywatnych stacji telewizyjnych, samotna mama dwuletniego Oliwiera- rzygała.
Justyna, lat 29- senior account w agencji reklamowej, świeżo po rozwodzie, rzygała.
Maciek, lat 30, art director, singiel, rzygał.
Ola- lat 28, zastępca naczelnej redaktorki pisma o charakterze lajfstajlowym- rzygała żółcią.
Mariusza nie było. Moniki też.
- Wyszli gdzieś razem?
- Tak, wyszli do nocnego po alkohol.
Dochodziła trzecia. Eliza była trochę pijana. Tańczyliśmy.

 

Agnieszka płakała, Justyna płakała, Maciek płakał. Ola wciąż rzygała żółcią.

 

Mariusz i Monika wrócili. Monika miała zaróżowioną twarz- od seksu? i porwane rajstopy. Mariusz trzymał w ręku opróżnioną do połowy butelkę.
Chcę stąd wyjść- powiedziała Eliza.
Więc zadzwoniłem po taksówkę.

 

Wiem dlaczego ona wytrzymuje z tobą, takie młode dziewczyny nie mają jeszcze wymagań. (Ola)
Tez kiedyś spotykałam się ze starszymi o dziesięć lat facetami. (Agnieszka)
To jest dobre, ale nie na dłuższą metę. (Justyna)
Zobaczysz, za parę miesięcy... (Maciek)
Nie słuchałem ich. Byłem przez moment szczęśliwy. A może mi się wydawało.

 

Wieszała mi wszystkie ubrania na wieszaki. Podlewała kwiatki. Pamiętała o tym żeby kupić mleko. Żeby było rano do kawy. Wykasowała mi linki z ulubionych mówiąc, że nie życzy sobie żebym oglądał gołe baby. Pisała do mnie rano kartki i rysowała na nich serce. Czekała na mnie wieczorem. Paliła zapachowe świece. Schowała mi ulubione spodnie, bo według niej wyglądałem w nich kiepsko. Zabierała mnie do kina na dramaty obyczajowe, chociaż nienawidziłem tego i wiedziała o tym. Przygarnęliśmy czarną kotkę, która okazała się być kocurem. Wybrała ofertę biura turystycznego i zadecydowała gdzie spędzimy wakacje. Klucze zostawiliśmy znajomej. Żeby karmiła kotkę- kota i podlewała kwiatki.
Wszystko było uporządkowane. Był plan dnia. Plan tygodnia. Plan wakacji. Zapiski w kalendarzu stojącym na stole w kuchni.

 

Miałem trzydzieści lat. Dziewczynę. Pracę w dziale promocji w agencji reklamowej. Przyjaciół. Znajomych. Kotkę- kota. Kredyt na mieszkanie rozpisany na dwadzieścia lat. Rower, którym dojeżdżałem do pracy. Karnet na basen i siłownię od firmy. Opłacone składki na ubezpieczenie. Płatny urlop. I od jakiegoś czasu bezustanne poczucie pomyłki.

 

Stała w oknie i patrzyła na inne hotelowe okna. Na nodze pobłyskiwała bransoleta za jeden euro.
Myślałam, że wszystko będzie inaczej...
Ja też.

 

Eliza płakała jeszcze dwa razy obdarzając mnie wymownie poczuciem winy. Następnego dnia poszła zapleść sobie warkoczyki. To było nasze last minyt.

 

Wróciliśmy w milczeniu. Czekając na opóźniony lot zdążyłem się wprowadzić w stan zobojętnienia pijąc alkohole ze sklepu wolnocłowego. Eliza kupowała perfumy. Nie zjadłem podawanej na pokładzie samolotu kanapki o smaku papieru. W Warszawie padało. Od walizki odpadło jedno kółko.

 

 

 

Marta Dzido ur. 1981r., pisarka, autorka dwóch i pół książki- ,,Ślad po mamie", ,,Małż" i tej, nad którą obecnie pracuje- ,,Kaganiec", publikowała w Krzywym Kole Literatury, Lampie, Ha arcie, e-Obiegu, Fataliście i Przekroju, stypendystka Homines Urbani i Ministra Kultury, studentka PWSFTviT w Łodzi- realizacja filmowa i telewizyjna, współpracuje z TVP Kultura